Tak jak zwierzę dostosowuje się do charakteru ziemi — metafizycznego charakteru, który wtedy tylko rozpoznać można, gdy się głęboko w niego wmyśli, a wtedy się zrozumie istotne prawo mimikry, bo z charakteru danego zwierzęcia lub rośliny można, na odwrót, wnioskować o charakterze ziemi — dostosowuje się język do tej ziemi; a na odwrót: można z języka wysnuć niezawodne wnioski o ziemi, nawet gdyby się jej nie widziało.

Ale o języku na samym początku mowy jeszcze być nie może: słowo wyłoniło się po długim, astronomicznym czasie z dźwięku — bo pierwsze słowo było śpiewem, rykiem, nabrzmiałym potęgą uczucia, czy to miłości, czy też krwiożerczej zemsty, pragnienia, chuci, bólu, zwycięstwa; język ten to surogat tego słowa, jakim się zwierzęta z sobą porozumiewają; artykułowane słowo potrzebowało bezmiaru wieków, by się wyzbyć olbrzymiego ciężaru, jakim było słowo, wyrażone za pomocą uczuciowych dźwięków. Niewiele mogło być tych „śpiewanych” słów, wyrażanych przeciągłym wyciem rozpaczy, psalmodią jęków bólu, słodką ulewą dźwięków, rozpierającej miłości — na jedno nasze mówione słowo składały się długie muzyczne okresy — ile wieków było na to potrzeba, by z jakiegoś długiego hymnu ekstazy mogło się wyłonić słowo: kocham; ile wieków, by z dzikich skowytów, charczeń wywlokło się słowo nienawiści — a z przeraźliwych jęków oznajmienie ciężkiego bólu w jednym jedynym słowie.

W swojej strupieszałej pisowni dźwiga taki język bastardyczny, jakim jest język angielski, całą swoją genezę; każde słowo pisane jest jego historią powstania, przeobrażania, nawarstwienia — dlatego język angielski nie jest autochtonicznym, pozostanie nim odwieczny język Druidów — autochtoniczne języki nie tworzyły się nawarstwieniem, ale przeciwnie, odrzucaniem zbytniego bogactwa, które stawało się uciążliwym balastem.

II

To była wielka i uroczysta chwila, gdym wreszcie po długiej podróży ujrzał się na granicy — w Polsce.

Podczas tej podróży wydarzyła mi się dziwna rzecz, jakiej nigdy przedtem i nigdy już potem nie przeżywałem. Otóż krótko po wyjeździe z Krystianii (dzisiejszego Oslo) popadłem jakby w jakiś letargiczny stan, z którego nic a nic nie pamiętam, a przecież musiałem w tym stanie spełnić mnóstwo i to bardzo skomplikowanych funkcji. Musiałem przecież wysiąść w Kopenhadze, wymienić pieniądze, kupić bilet do Berlina, i musiałem się w Jedser przesiąść na prom, który cały pociąg przewoził do Warnemunde, tu znowu wykupić bilet do Berlina — otóż te 20 godzin pozostały jak najzupełniejszą luką w moim mózgu.

Obudziłem się ku memu zdziwieniu, a nawet z pewnego rodzaju lękiem i strachem, dopiero w Berlinie.

Można by sobie to od biedy wytłumaczyć działaniem alkoholu, ale ja wsiadałem do pociągu całkiem trzeźwy — zresztą rygor kolei skandynawskich wyklucza od jazdy nawet choćby trochę podchmielonego pasażera.

Miałem czas przez cały ciąg jazdy z Berlina do Granicy rozmyślać nad tym zdumiewającym przeżyciem, które tylko ludzie wprowadzeni w mediumistyczny trans przeżywają — mózg mój w tej mojej podróży zdawał się być pozbawiony wszelkich czynności; spełniała je z jasnowidzącą pewnością dusza moja, to co Du Prel nazywa: das transcendentale Subiekt. Uspokoiłem się z wolna, tylko bezwiednie powtarzałem słowa niemieckiego poety Momberta:

Schlafend trägt man mich