To dusza człowieka, która jest chora, a tysiącorakie są jej objawy, a najboleśniejsze właśnie to to chore pragnienie, by uciec przed tą chorobą. Alkoholizm to to biedne złudzenie strusia, który kryje głowę w piasku, bo zdaje mu się, że go nikt nie widzi. Alkoholik wygania diabła Belzebubem, pragnie zwalczyć chorobę własnym jej objawem, więc wiecznie kręci się w tym zaczarowanym kole, z którego żadnego wyjścia nie ma, jeżeli się raz w nie dostało.

Kiedyś robiłem kiepski dowcip na temat moich studiów medycznych. Jak wiadomo, studiowałem medycynę przez sześć semestrów, tak sobie mimochodem poza czynnościami w redakcji „Gazety Robotniczej”. Twierdziłem, że wyleczyłem owczarkę w naszej wsi rodzinnej, która na raka cierpiała. I istotnie ją z raka wyleczyłem, ale umarła na białą gorączkę. Otóż mniej więcej takim skutecznym środkiem na psychicznego raka jest alkohol. Ból się znieczula kosztem mózgowego odrętwienia.

Tak — tak, z tego błędnego koła wydostać się nie można.

Przyszło się z „chorą” duszą na świat, szuka się ukojenia, a to już obojętne, jakim środkiem człowiek przed cierpieniem uciec pragnie.

Tylko amerykańska głupota szuka zbawienia w abolicji — chociażbyś tysiąc razy wytępił całkowicie alkohol, znajdzie ludzkość jakiś inny środek narkotyczny, stokroć razy niebezpieczniejszy od alkoholu, a może żadne społeczeństwo nie czuje takiego pragnienia oszołomienia się, jak właśnie najpierwotniejsze społeczeństwo. Wszak wszystkie nasze narkotyki mamy do zawdzięczenia tak zwanym „dzikim” ludom.

Jedno tylko wielkie pytanie, czy to, co „chorobą” nazywamy, jest istotnie chorobą.

Ten geniusz, który jeszcze długo będzie musiał czekać, zaczem564 w całej swej wizjonerskiej potędze całkowicie doceniony zostanie, Edgar Poe, kładzie w usta bohatera swojej noweli Eleonora:

Ludzie mówią, że jestem chory, ale pytanie, czy chorobliwość nie jest właśnie najwyższą inteligencją, czy to, co jaśnieje i głębią przeraża, nie wykwitło właśnie z chorobliwości myśli, z chorobliwej formy bytu, która potęguje się i wysubtelnia nadmiernie kosztem innych funkcji psychicznych. Ci, co śnią w jasny dzień, zapoznają się z wieloma rzeczami nieznanymi tym, co śnią tylko w nocy... bez steru i busoli docierają do owego rozległego oceanu „niepojętej światłości” — jak w przygodach nubijskiego geografa agressi sunt mare tenebrarum, quid in eo essent exploraturi565.

W swoich Marginaliach opowiada Poe, jak wyobrażał sobie nieraz los człowieka, który duszą wyniósł się ponad wszystkich innych ludzi i który właśnie dlatego z nieubłaganą koniecznością musi uchodzić za chorego. Człowiek taki jest obłąkanym dla nie rozumiejącego go tłumu i dlatego musi ginąć jako męczennik pod ciosami kamieni, którymi go obrzucają.

Po wszystkie czasy rozgrywała się ta odwieczna tragedia, której bohaterem był „chory”, „obłąkany”, bo w duszy miał wizję przyszłych generacji i miał ewangelię przyszłości; jedyny, który, jak Ola Hansson słusznie zauważył566, mógł pchnąć i istotnie pchał naprzód całą ludzkość.