Czyżby tylko sugestia orzeczenia Strindberga, jako że jestem genialer Pole? Zrobiłobyż to parę felietonów Szukiewicza czy też pani Daszyńskiej, którą poznałem w Berlinie jako docentkę ekonomii społecznej przy Humboldt-Akademie? To chyba nie! Bo ani Szukiewicz, ani pani Daszyńska nie mieli tego autorytetu w Polsce, by móc wmówić w całe społeczeństwo jakąś urojoną wielkość; a ponieważ o wielkości w ogóle mowy być nie mogło ani nie było, więc pozostaje tylko ciekawość, z jaką społeczeństwo od pierwszej chwili do mnie się odnosiło. I ta ciekawość była dla mnie zabójcza, bo aby ją zaspokoić, trzeba było niesłychane rzeczy wymyślać, które bądź to podziw, bądź przestrach, w każdym razie jakąś niesamowitość budziły.
I anim się spostrzegł, jak stały się moje żarty i kpinki najoczywistszą prawdą: byłem tym, który zajadał się ludzką wątrobą, bo nie umiał jej rozróżnić od cielęcej — wypijał spirytus z słoi, w których preparaty ludzkie przechowywano, wieszałem koty, by zbadać, ile czasu kot na zdechnięcie potrzebuje; a potem rozpoczęły się już wyścigi między mną a tym bezimiennym, którego nic utwór artysty nie obchodzi, li tylko jego życie prywatne i w tym jednym wypadku okazuje się twórczy. Najbujniejsza fantazja artysty nie jest w stanie sprostać legendotwórczej wyobraźni tego bezimiennego — to byłoby jeszcze najmniejsze — ważne jest tylko to, że żadna prawda nie posiada tej bezwzględnej wartości, jaką chełpić się może legenda, nawet wtedy, gdy aż nazbyt widoczne są znamiona złośliwej tendencji, chęci ośmieszenia, a nawet plugawej obmowy — i zanim się spostrzegł — stałem się satanistą, który pragnął sataniczne praktyki na grunt krakowski przeszczepić, stałem się uwodzicielem młodzieży, Antychrystem, który tę niewinną młodzież gwałtownie deprawował, a nikt nie wiedział, jak byłem zdumiony deprawacją tej młodzieży, jaką poonczas w Krakowie zastałem.
Jeśli chodzi o pornografię, to takiego jej bujnego rozrostu nigdzie poza granicą nie spotykałem — ta odwaga, na którą się co tydzień polskie pisma, tak zwane „humorystyczne” zdobywały, kosztowałaby nawet w tej wyuzdanej, osławionej Francji co najmniej parę miesięcy więzienia, a tymczasem Konstanty Krumłowski szczycił się tym, że obwołano go najprzedniejszym pornografem polskim, a wątpię, czy jakieś pismo polskie może się szczycić taką poczytnością, jak „Bocian”583.
Zaczem się jednak w tym wszystkim spostrzegłem, natrafiałem na objawy takiego przeceniania mego talentu, żem się go wstydzić poczynał i o ile możności unikał wszelkich sposobności, w których by ten mój „wielki talent” pod niebiosa był wysławiany; a był czas, w którym o niczym innym nie było w Polsce mowy prócz o mnie i tym przeraźliwie ciężkim plecaku, jakim mnie wbrew mej woli obciążono — o bolesnym spadkobierstwie po Szczepańskim i Arturze Górskim, słynnym tygodniku „Życie”.
Społeczeństwo było jak zahipnotyzowane — nie było dnia, w którym by się nie ukazał jakiś przychylny lub też srogą obfitością inwektyw ciężarny artykuł o mojej twórczości, a śmiało twierdzić mogę, że nie było w Polsce artysty, o którym by się tak szeroko i z takim uporczywym maniactwem rozpisywano, jak o mnie i o moim tworze. Historyk literatury, który będzie kiedyś „rzeczowo i naukowo” badał one czasy, będzie zdumiony, jeżeli mu cały materiał urośnie do potwornych rozmiarów odrębnej i bogatej biblioteki.
To osławienie mego nazwiska nie tylko mnie niepokoić jęło, luminarze społeczeństwa wdali się w tę sprawę pouczającą przestrogą, wyświetlaniem istotnej prawdy, objawami ciężkiego zgorszenia lub też wzburzonym Quo usque tandem, Catilina...584 Wincenty Lutosławski napisał w „Czasie” krakowskim szereg felietonów pod tytułem „Bańki mydlane”, w których dowiódł, że popularność moją zawdzięczam zbożnej pracy na korzyść propinatorów galicyjskich, równocześnie pojawił się cały szereg obszernych broszur, co jedna, to ciętsza i więcej jeszcze zajadła, a mogłaby być bardzo bolesna dla człowieka, dla którego by literatura choć na jedną chwilę była „fachem”. — Rozprawiał się ze mną na ostre i Józefat Nowiński585, twórca Białej gołąbki; wziął mnie na kieł wielki samotnik Wacław Wolski i zmiażdżył mnie586 w „marzennej, ciemnej Iluzjonu dali”; sproszkował mnie syjonista Bromberger; — wykpił Sygietyński587; schłostał Chmielowski588; gromkim „apage satanas” odżegnał się ode mnie Zdziechowski589 — może nigdy przedtem i potem nie był spełniany z taką żarliwością nakaz społeczeństwa: Caveant consules590, jak poonczas, kiedy powołani i niepowołani konsulowie rzucili się jednomyślnie na mnie, aby się jakaś krzywda Polsce nie stała.
Dla jakiegoś bibliofila stanowiłoby to bardzo wdzięczne zadanie zebrać to wszystko, co o mnie i o moim „Życiu” przez cały szereg lat pisano — z wszech stron wdzięczne zadanie, bo w tej literaturze, w której jestem osią, przejawia się całe współczesne patrzenie na sztukę: jest ona dokładnym wizerunkiem wszystkich prądów literackich i w niej się skrystalizowały przełomowe dzieje sztuki u progu XX stulecia.
Stałem się bohaterem paru powieści, między innymi Listów szalonego człowieka591, pisanej przez Andrzeja Niemojewskiego — w jakiejś powieści, której tytułu nie pamiętam, używał sobie Michał Bałucki592, co się zmieści.
Z początku byłem zdumiony tym rozgłosem i huczkiem, jaki już od chwili mego przybycia do Krakowa naokoło nazwiska mego się zrobił, bo to, jakobym był słynny i rozgłośny za granicą, to było prostą legendą — wprawdzie ceniono mnie i liczono się poważnie ze mną w centrach artystycznych, ale słusznie stwierdził Wincenty Lutosławski593 bezpodstawność tych legend o mojej poczytności w Niemczech, bo nawet w największych wypożyczalniach Berlina i Lipska nazwiska mego nie znalazł. Wprawdzie pod koniec mego pobytu w Niemczech cieszyłem się już taką powagą, że wespół z Meier-Graefem594 mogłem założyć słynne pismo „Pan”, które miało przez sześć lat odgrywać ważną rolę w piśmiennictwie niemieckim, a zrzeszyło wokół siebie najwybitniejszych artystów nie tylko niemieckich, ale i francuskich, i belgijskich, i angielskich, ale to nie dawało jeszcze żadnej podstawy do tego rozgłosu, który od samego początku wprowadził mnie w głęboki ambaras.
Poczęto mnie na gwałt wysuwać na jakieś czołowe, reprezentacyjne stanowisko, które z całą moją naturą tak licowało jak order, który w ubiegłym roku otrzymałem595, a który podczas noworocznych życzeń mi dopiero wielki aktor Frenkiel596 w odpowiednim miejscu przypiął, przy czym wygłosił zdanie: „Dla ciebie order, to jak dla chłopa złoty zegarek!”. — Ile ja wskutek narzucania mi roli, do jakiej całkiem byłem nieodpowiedni, nietaktów popełniać musiałem, i to całkiem nieświadomie i bezwiednie, ilu ludzi musiałem do siebie zrazić, bom nie wiedział w danym razie, co robić i jak się zachować, ja, stary, biedny cygan, który chcąc nie chcąc musiał się po raz pierwszy zapoznać z frakiem, gdy był usilnie proszony na five o’clocki i rauty w pierwszych domach Krakowa! — I wyobrażam sobie zdumienie Lutosławskiego, który po powrocie z Hiszpanii do Krakowa stwierdzić musiał, że nawet „poważni” ludzie całkiem na serio mnie traktują, a wśród nich i prof. Baudouin de Courtenay597, i prof. Ulanowski598, który z szczególną przyjaźnią do mnie się odnosił i bardzo nad tym ubolewał, że żadną miarą nie mogłem się dostroić do tej roli, którą mi Kraków przeznaczył, gdy widział serdeczność moich stosunków z tak cenionymi artystami jak Stanisławski albo Włodzimierz Tetmajer.