Jawi się krwią przepojony,

Najdroższy wyraz: Ojczyzna.

Ale tak samo w Kasprowicza duszy, jak mojej:

W mej pieśni, bogatej czy biednej —

Przyzna mi ktoś lub nie przyzna —

Żyje tak rzadka na wargach

Moja najdroższa Ojczyzna.

Jać616 się tam z Wami ni swarzyć, ni wadzić nie będę — nie miałem wprawdzie na „wargach” tych słów: Polska-Ojczyzna — chleb, jaki w Polsce zażywałem, był zakalcem, a wino moje piołunem zaprawione, ale prędzej by mi język usechł, zaczem zdołałbym tej mojej Polsce bluźnić: najszczytniejszemu dziełu, w jakim mi się Bóg objawił.

A już do ostatniej rozpaczy doprowadzał mnie ten bezustanny wrzask: Nietzsche, Nietzsche, Nietzsche!

Już w pierwszym tomie Moich współczesnych (Wśród obcych), omawiałem szeroko mój stosunek do tego potężnego poety, którego wciąż jeszcze, ale już coraz mniej, mianem filozofa szkalują. Nie będę się powtarzał, ale można sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy nagle zrobiono ze mnie nietzscheanistę! Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że w Polsce mało co, a prawie nic o Nietzschem nie wiedziano — zdaje się, że wtedy tylko jedna praca o Nietzschem się ukazała: broszurka dr Zofii Daszyńskiej — cały „polski” Nietzsche streszczał się w tym jednym rozpaczliwym szlagworcie: Übermensch, i na tym słowie — co ono miało wyrażać, mało kto co wiedział — ujeżdżano jak na łysej kobyle; ale mimo to uczuwałem, ile razy sprzęgano moje nazwisko z Nietzschem, coś z posmaku, jaki się ma, gdy się zaśniedziałą metalową płytkę liże. (To wrażenie mogłoby jedynie we mnie zdradzić „dekadenta”.)