Oczywiście, że nie ma tu mowy o jakimśkolwiek wpływie, który by mógł ten skromny „lirnik” na przemożne dusze Kasprowiczów lub Wyspiańskich wywierać — to tylko jedna wspólna, ale niemniej zasadnicza struna, jedyna, na której dusza Lenartowicza się rozśpiewała, ale równocześnie jedna z najwnikliwszych wśród tysiąca strun na niebosiężnej harfie jednego i drugiego twórcy.

Kto się głębiej, a raczej bardzo głęboko wżyje w objawienie Kasprowicza czy też Wyspiańskiego, temu nietrudno będzie wysłuchać z setek innych strun to niemal dominujące „g” Lenartowicza, to pokorne, skromne, zachwycone, rozmodlone „g” — święte, polskie „G”, które nic nie ma wspólnego z demonicznym, wirtuozowskim „g” Paganiniego — posłyszysz je nawet w symfoniach o tak olbrzymim rozpięciu, jak Hymny Kasprowicza, usłyszysz je, a więcej nadto: ujrzysz je w plastycznym tworze Wyspiańskiego — w jego kwiatach, w jego bezlicznych główkach dzieci, a nawet rozpoznasz je dokładnie w ilustracjach do Iliady — w jego Achillesie, Jutrzence, Thetis.

A i mnie uroczyścieje dusza, ilekroć razy w niej to „g” Lenartowicza posłyszę.

Jak dziś pomnę to piękne popołudnie październikowe — nigdy nie przeżyłem w Polsce tak cudownej jesieni, jak właśnie ta, na jaką w Krakowie po mym przyjeździe do Polski natrafiłem — kiedy Nowaczyński przyprowadził wreszcie Wyspiańskiego do małej kawiarni w Sukiennicach, by nas z sobą zapoznać.

Wyspiański nie miał wtedy jeszcze 30 lat, wyglądał niepokaźnie, choć piękna twarz jego uwagę do siebie przykuwała, wydawał mi się być nieśmiałym — a przecież rzadko kiedy spotykałem twórców tak bezwzględnie pewnych siebie; a gdym się nie taił z moim entuzjazmem dla jego witraży, uśmiechał się bezradnie, coś niecoś przebąkiwał o oo. franciszkanach, którzy mu w pracy przeszkadzali, a nawet ją ubezwładniali bezustannym wtrącaniem się w jego twórcze zamiary; rozgrzał się trochę, gdym mówił o Paryżu, o witrażach w St.-Germain-l’Auxerrois, i St.-Germain-des-Pres; z zaciekawieniem słuchał moich opowiadań o katedrach w Toledo, Burgos, Avili; oczy mu się zaświeciły, gdym bardzo wysoko stawiał wartość artystyczną jego Legendy — z wolna lody się przełamały — Wyspiański stał się rozmowniejszy; zaczęliśmy mówić o Maeterlincku, o Szczepańskim, o „Życiu”, a po jakiej godzinie uczułem, że znalazłem artystę, z którym mógłbym podzielić trudy redakcyjne, to znaczy, któremu mógłbym poruczyć cały dział sztuk plastycznych.

Opowiadano mi dużo o dziwactwach Wyspiańskiego, więc nie wiedziałem, czy przyjmie propozycję, z jaką przyszedłem, a już przecież od paru tygodni szukałem go na próżno — jeżeli teraz przyszedł, to na pewno uległ namowom Nowaczyńskiego.

Wyłożyłem mu, o co chodzi; przyrzekłem mu absolutną swobodę w obrębie redakcji jego działu; dałem mu zapewnienie, że nie będę się w nic wtrącał, co w swoim zakresie postanowi — popatrzył na mnie bacznie, zamyślił się na długą chwilę, a potem ku mej szczerej radości wyraził swoją zgodę.

Odtąd widywaliśmy się już codziennie, wzajemny szacunek ułatwił nam porozumienie, a gdy widział, że istotnie dotrzymuję mego przyrzeczenia i pozostawiam mu całkowitą swobodę w redakcji — w tym dziale, jaki mu poruczyłem — stał się redaktorem, ale nie na papierze, którego by poza jego obowiązkami nic nie obchodziło — przeciwnie — wziął niejako nadzór nad całym pismem.

Ja już od dawna odczuwałem ten dział naukowo-społeczno-polityczny, jaki redagowała pani dr Zofia Daszyńska, jako balast w piśmie, które przecież w głównej mierze było literaturze poświęcone.

Jedno z drugim się nie wiązało, a nawet wiązać się nie mogło wskutek diametralnej rozbieżności między poglądami moimi a pani Daszyńskiej. „Życie” Szczepańskiego wzorowane było na podstawie szablonu, jaki się już od kilkudziesięciu lat wytworzył w warszawskich tygodnikach, w których literatura nie kłóciła się z społecznym pozytywizmem, bo była na usługach „pracy publicznej” — w moim „Życiu” dział ten stał się „ni przypiął ni przyłatał”. Pani Daszyńska ciągnęła na lewo, ja na prawo, i na odwrót.