Pierwsze, drugie, trzecie, czwarte zadanie — Jezus Maria! Zimny pot wystąpił mi na czoło, a ręce się tak trzęsły, że nie byłem prawie w stanie tych zadań napisać: wszystkie cztery przerobiłem jak najdokładniej tej nocy, a nigdy w życiu nie byłbym w stanie ich przerobić bez pomocy Deichsla i Pieniążka — tylko na piąte mogłem już machnąć ręką, bo trzy wystarczały, by uzyskać stopień dostateczny.
Trwało to długie pół godziny, zaczem80 już z łatwością zabrałem się do rozwiązywania zadań.
A nigdy w życiu nie widziałem radośniejszego zdumienia na obliczu jakiegoś człowieka, jak to, które ujrzałem na twarzy profesora Rychlickiego.
Niepojęta, tajemnicza moc rozstrzygnęła o moim losie. Nigdy nie byłbym uzyskał matury, bobym nigdy nie był w stanie samodzielnie jakiegoś matematycznego zadania rozwiązać.
Może to przypadek? He, he — takich przypadków nie ma — i doskonale już wtedy zrozumiałem, że to nie przypadek. Nie uświadomiłem sobie na razie doniosłości tego „cudu”, ale zarył mi się tak głęboko — na razie nieświadomie — w moją duszę, żem od tego czasu przestał wierzyć w „przypadki” i już z całkiem innego stanowiska jąłem się patrzeć na bieg mego życia.
VII
Zdałem maturę.
A więc nie potrzebowałem wstąpić do seminarium nauczycielskiego — mogłem się już teraz swobodnie poświęcić architekturze!
Gotyk, gotyk, gotyk!
Zbudować jakąś przepotężną świątynię gotycką, potężniejszą od tych wszystkich gotyków, które widziałem w Toruniu i w Gdańsku, potężniejszą od tej boskiej, niesłychanej gdańskiej Katedry Św. Marii, takim był przeskok od mikromanicznego postanowienia, by zostać ludowym nauczycielem, a w najlepszym razie profesorem muzyki w Inowrocławiu lub Bydgoszczy, do megalomanicznych projektów jakiegoś „bygmestra Solnessa81”.