— Boże, Boże, jak ja Cię kocham. Wszystko, wszystko kocham u Ciebie, Twoje powłóczyste, zmęczone spojrzenia, Twoje wytworne ruchy, Twoje nogi arystokratyczne i Twoje ręce, takie inteligentne, długie i wąskie ręce.

O Twoje usta kocham i Twoje czoło — wszystko, wszystko.

A kiedy grasz, to masz czasami takie wściekłe uderzenia. Rzucasz rękę na klawisze z taką mocą i zaciekłością, jakby w nich tkwiło to wszystko, co w Tobie zamiera.

Tylko włosy zawsze w nieporządku — musisz je szczotkować.

Spojrzała na mnie z figlarnym uśmiechem, ale ja byłem zmęczony, syty i wstręt przegryzał mi duszę.

— Co ci jest? — spytała nagle.

— Nic!

Patrzała na mnie wylęknionymi oczyma i przytuliła się do mnie.

— Kochasz mnie? — pytała i przesuwała lekko swą piękną rękę po mej głowie.

— Może być; nie wiem.