— Tak, tak — powiedziałeś sobie. Zgiąć nie można, więc złamać odrazu. Glińska się uspokoi. Znienawidzi, splunie, ale się uspokoi. Bo wy — wy, mężczyźni, miewacie czasem strasznie brutalne dusze...
— Hanka!
— Tak, Hanka! Hanka! Ale Hanka się nie uspokoiła. Hanka umarła. A tyś zagwoździł wieko od trumny. Zdawało mi się, że już — już umarłam — ale, gdym cię zobaczyła wtedy o zmierzchu, zanim zachorowałeś — a i ty widziałeś — widziałeś mnie dobrze — straciłam zmysły, i proszę, i błagam cię, jedź, jedź, bo oszaleję, bo stanie się straszne nieszczęście... I będziesz mnie miał na sumieniu...
Zesłabła, obwisła cała w jego ramionach.
Całował ją, tulił, i powtarzał ustawicznie: Hanka moja, Hanka, Hanka...
Broniła się słabo, obezwładniona.
— Nie całuj mnie — szeptała — jak taka słaba, bronić się nie mogę, twoja pieszczota ogłusza mnie, krwią mózg mi zalewa — a to mnie kala, brudzi, zohydza — a ja się oprzeć nie mogę...
Pochwycił ją jak dziecko i nosił dookoła pokoju.
— Hanka, kocham cię, o żebyś wiedziała, jak cię kocham!
Wyrwała się nagle, drżąca, wściekła, rozszalała: