Taką miłość świętą i tęsknotę za coraz doskonalszem zespoleniem się dwóch płci, dążących do swego Absolutu, otóż to, co w moich tworach dawałem.
Miłość i tęsknotę, która jest jedyną siłą rzeczywistych twórców.
A kobieta i mężczyzna taką miłością zespoleni, dążą na oślep dalej i dalej w tę jasną przyszłoś, poprzez morza, poprzez zamarzniętą skorupę lodu, pod którą nieznane tajemnice bytu w olbrzymim a groźnym majestacie spoczywają. Poprzez huragan wichru wszelkich przeciwności losu.
Poprzez mgły i ciemności przesądu, ufni w swą siłę, wiecznie do nowego a coraz wyższego życia odradzającej miłości.
Tym akordem zakończyłem drugi okres mej twórczości, który się rozpoczyna „Tańcem Miłości i Śmierci”.
I. Malarya
Czerkaski siedział zamyślony.
Tak pusto było dziś pod pawiem, a przecież zwykle o tym czasie, tak rojno bywało i wesoło.
Właśnie dziś, gdy szukał towarzystwa, gdy po tylotygodniowej samotności zapragnął ujrzeć te twarze, takie mu obce i takie znajome, gdy chciał posłyszeć dźwięk cudzej mowy, gwaru, muzyki...
Wlepił bezmyślnie oczy w drzwi. Na drzwiach wisiał rysunek: paw z podniesioną nogą, pyszny, zuchwały, z roztoczonym ogonem...