A Twoje imię święte, niech będzie błogosławione!
Ktoś Ty? Czem-eś Ty?
Uczuł straszny lęk. Ale tylko na chwilę.
Bo już, już padł na kolana i oparł skroń o sofę.
Chciał się modlić; nie umiał.
Więc tylko jeden bełkot, jeden krzyk, jeden straszny, cichy smutek:
— Wybaw mnie, Panie!
Turkot na ulicy stał się nieznośny. Oprzytomniał.
— Tak, tak.... tak się kończą chwile uniesienia i smutku. Trzeba iść spać — he, he — spać... Och, jaki-m ja zmęczony!
Obejrzał się.