— Dla tego jednego, który moją pracę podejmie, rozszerzy, nakreśli jej nowe, mnie nieznane widnokręgi, i przekaże całość temu, który po nim przyjdzie — i tak przez wieki wieków, aż przyjdzie ten, który nic już sobie uświadamiać nie potrzebuje, bo wszystkiego będzie świadom.
— Tak? — Turski słuchał i śmiał się na cały głos. — Ha, ha, ha, to takie stowarzyszenie, nowa sekta magów, dalszy ciąg generacyi magów — praojciec pański, to Samyasa... co?
— Tak, mój panie, — Czerkaski mówił dobrotliwie i coraz łagodniej. — Sztuka jest wielką tajemnicą, — arkanem, tabu...
— A dla nas, dla nas biedaków, cóż dla nas, którzy was żywimy, potrzymujemy taką luksusową, tajemniczą sektę — cóż dla nas i dla tej biednej Galicyi?
Czerkaski zaśmiał się, ale równocześnie schwycił się za piersi, więc mówił jeszcze ciszej.
— Dla was? dla Galicyi? Wszystko! Tylko nie chcecie zrozumieć, jesteście głusi i ślepi — ale i dla was mamy, my dzieci Samyasy, coś — zagadkę. Słuchaj pan uważnie:
NASCIT ROCH EPIRO GAZES EREMI ZRIJ.
— He? kpi pan?
— Nie! Ale w tem tkwi cała tajemnica magów i artystów. Tajemnica ta pozwala im jako tako istnieć i wikłać sypły, jakie dusza ukryta porobiła na postronku ciągłości bytu... Tę formułkę znalazłem jeszcze jako dziecko na strychu w papierach mego ojca, i stała mi się dewizą na całe życie...
— A to znaczy?