I Czerkaski uczuł nagle nieprzepartą chęć wykrzyczeć wszystkie swe zbrodnie, wyspowiadać się ze wszystkich swych grzechów, i znowu drżał ze strachu, bo czuł, że jak tylko usta otworzy, będzie zgubiony.
Siadł i całą mocą spojrzał na swego oprawcę.
Pająk skrył się.
Odetchnął.
Ale teraz go ujrzał tuż ponad sobą, chytrego, chciwego krwi, pewnego już swej ofiary...
Zerwał się na równe nogi.
Ochłonął.
Malarya! Malarya!
I znowu się położył...
Ujrzał nagle jakiegoś pana, we fraku, w monoklu, z koźlą brodą, z nieskończenie złośliwym wyrazem twarzy. Wyszczerzał spróchniałe zęby, mrugał oczyma jak stary, bezwstydny rajfur, jedną ręką głaskał swoją zrzedniałą, koźlą brodę, a drugą potrzymywał nawpół stojącą, otwartą trumnę.