— Nie wrócił z browaru — odpowiedział ponuro majster.

Zerwałem się z miejsca. Lecz Kalina siłą wstrzymał mnie przy sobie:

— Samego nie puszczę. Dość mi już tego. Jutro rano pójdziemy obaj. Jakieś licho, nie browar! Wyczyszczę ja im komin!

Tej nocy nie zmrużyłem oka na chwilę. Równo ze świtem wdziałem5 skórzany kabat, spiąłem się wpół mocno pasem na sprzączkę, wdziałem na głowę kominiarkę z przystułkami i przerzuciwszy przez ramię szczotki z kulami, zapukałem do izby majstra.

Kalina był już gotów.

— Weź ten obuszek — rzekł mi na powitanie, podając ręczną, świeżo znać obciągniętą na brusie6 siekierę. — Może ci się przydać prędzej niż miotła lub drapaczki.

Wziąłem narzędzie w milczeniu i poszliśmy szybkim krokiem w stronę browaru.

Poranek był piękny, sierpniowy i cisza ogromna w powietrzu. Miasto jeszcze spało. Milcząc przeszliśmy rynek, most na rzece i skręciliśmy w lewo przez bulwary na gościniec, wijący się w dal pomiędzy topolami.

Do browaru był kawałek drogi. Po kwadransie wytężonego chodu zeszliśmy z traktu w bok pod przedmiejskie przylaski, rzucając się na przełaj przez sianożęcia. W oddali ponad olszynką zarysowały się miedzianymi płatami dachy budynków browarowych.

Kalina ściągnął kapę z głowy, przeżegnał się i zaczął bezgłośnie poruszać wargami. Szedłem obok w milczeniu, nie przerywając modlitwy. Po chwili majster nakrył z powrotem głowę, ścisnął mocniej siekierę i zagadał cicho: