Pozostawała droga w górę przez dach. Zresztą byłem już w połowie wysokości komina, z którego wlotu dochodziło mnie wołanie Kaliny.

Zacząłem więc szybko wdzierać się na szczyt, zapierając się łokciami i nogami ze wszystkich sił. Lecz któż opisze mój przestrach, gdy parę stóp wyżej spostrzegłem zawieszone na wystającym ze ściany haku zwłoki Osmółki?

Ciało biedaka było straszliwie, nieprawdopodobnie chude i wyschłe na szczapę — sama skóra prawie i kości — na pół uwędzone w dymie, wyciągnięte jak struna, suche i twarde jak kawał drewna.

Trzęsącymi się rękoma odpiąłem zwłoki z haka i okręciwszy parę razy wpół sznurem od kuli, dałem znak Kalinie — szarpnięciem dwukrotnym.

W parę minut potem znalazłem się na dachu, gdzie mnie oczekiwał majster z wyciągniętym już ciałem Osmółki. Przyjął mnie ponury, z namarszczoną brwią.

— Gdzie drugi? — zapytał krótko.

W kilku słowach opowiedziałem wszystko.

Gdyśmy ostrożnie znieśli na dół po drabinie ciało Osmółki, rzekł spokojnie:

— Biały Wyrak. To on: przeczuwałem, że to on.

W milczeniu przeszliśmy sień, dwie izby i wróciliśmy do kuchni. Nie było tu ani żywego ducha; rodzina ogrodnika wyniosła się cichaczem gdzieś na skrzydło budynku.