Nie analizując bliżej uczuć, które go nagle obiegły tłumem, zmienił dotychczasowy kierunek i zaczął piąć się w górę ciasną, zamkniętą z obu stron deskami dróżką.

Iście ptasi tor — myślał, rozglądając się ciekawie dokoła. — A jednak nie wydaje mi się całkiem obcy. Mam wrażenie, że nie po raz pierwszy tędy przechodzę. Tę jarzębinę, wysuwającą gałęzie przez szczerbę w parkanie, przypominam sobie. Jej samotność wśród szarzyzny otoczenia już mnie raz zastanowiła...

W pewnym miejscu parkan skończył się, a zaczęła się linia domów starych, parterowych, wpół zapadłych w ziemię. Otaczały je podwórka brudne, cuchnące mydlinami, urozmaicone tu i tam drzewinami o suchotniczym wyglądzie.

— Beznadziejność! Że też ludzie mogą tak bytować! — zdumiał się, odwracając oczy ze wstrętem w stronę drogi, przed siebie.

Po 10 minutach linia domostw urwała się, przechodząc w podwójne pasmo pustych, marną trawą porosłych wygonów. W górnym końcu jednego z nich, po prawej, zarysował się samotny kompleks zabudowań.

Podszedłszy bliżej, spostrzegł, że stanowią zamkniętą całość okoloną sztachetami i żywopłotem. Mały mostek łączył furtkę wchodową z uliczką; nad furtą na łukowatej wywieszce widniał napis:

„Przytułek dla starców i ubogich”.

Spojrzał w jedno z okien najbliższego budynku. Blask szyby uderzonej rzutem zachodzącego słońca obudził zatarte wspomnienie: ożyło nagle w jaskrawych barwach. Przypomniał sobie teraz, skąd zna to ustronie; przechodził tędy w wigilię niedoszłego z Praderą spotkania. Zatopiony w myślach o nim i o tym, co miał im obu przynieść dzień najbliższy, zabłąkał się w czasie przechadzki wieczornej w uliczkę Ptasią i dotarł aż do przytuliska.

Sytuacja obecna miała nawet szczególne podobieństwo do pewnego momentu sytuacji sprzed dwóch lat: podobnie jak wtedy, spojrzał i dzisiaj niespodzianie w to pierwsze okno na skrzydle z zieloną firanką i, podobnie jak wtedy, odbił się w nim refleks zachodu. Lecz była i różnica... Tak, tak... Wtedy, w wigilię groźnego dnia, ujrzał za tą szybą coś więcej. Ujrzał czyjąś bladą, wymęczoną twarz z hektycznymi wypiekami na policzkach — znużoną życiem twarz jakiegoś mężczyzny. Spojrzenia ich spotkały się i splotły na sekundę. Potem opuścił głowę i poszedł dalej, mijając przytułek... Dziś szyba była pusta: odpowiedziała mu tylko czerwonym refleksem słońca... Tak, tak — na tym właśnie polegała różnica między chwilą obecną a tamtą — sprzed dwóch lat...

Wtem zakiełkowała pewna myśl i w paru sekundach rozrosła się do rozmiarów postanowienia; z tym człowiekiem należało się koniecznie zobaczyć. Należało skorzystać ze sposobności i wyszukać go wśród tych biedaków i starców. Coś nieprzezwyciężonego ciągnęło go ku niemu. Kto wie, czy go nie szukał już od dawna? Czy ten uporczywy sen, powtarzający jedno i to samo od paru tygodni, nie był wskazówką, gdzie go należało szukać?