Szantyr milczał. Tylko oczy podeszłe białkami w górę drgnęły lekko.

— Zbliża się pora południowa — precyzował sytuację Pomian. — Na świecie jest dużo słońca... Zbliżamy się do pałacyku przy ul. Jasnej...

— Tak — potwierdził chrapliwym głosem śpiący — zbliżamy się do domu przy ul. Jasnej...

— Co tam widzisz?

— Przechylony przez parapet loggii widnieje z daleka...

— Kto? — nastawał sugestioner170.

— Człowiek w wieczorowym stroju, w białej kamizelce... Ten wstrętny, brutalny cynik, błyskający ku mnie szkiełkiem monokla...

— Dalej! — zachęcał Pomian. — Dalej! Co czynisz? Co zamierzasz?

— Wytrącić mu trzeba to szkiełko, wyrzucić ze ślepia! Niechaj dłużej nie szydzi ze mnie! Zedrzeć z niego tę kamizelkę, oskubać z piórek tego eleganta!...

Zapadło znów milczenie. Tylko pierś Szantyra podnosiła się szybko, a oddech stał się krótki i świszczący.