Uderzył go od razu pewien rys charakterystyczny dla sprawy: pozorna irracjonalność czynu. Oto wśród jakich okoliczności dokonano morderstwa.
Dnia 22 września około godz. 11 minut 30 zjawili się w mieszkaniu prywatnym ministra Kazimierza Pradery dwaj jego serdeczni przyjaciele, pp. Z. i dr K., każąc się w pewnej ważnej sprawie natychmiast zaanonsować panu domu. Sługa, któremu wydano to polecenie, wrócił po chwili blady jak płótno i nie mogąc widocznie dobyć głosu z przerażenia, gestami rąk wezwał przybyłych panów za sobą. Silnie zaniepokojeni usłuchali. Po przejściu dwóch pokoi skręcili w boczny korytarz, uchodzący w oszkloną z trzech stron narożnię18. Tu służący zatrzymał się i przepuściwszy naprzód gości, sam cofnął się, jakby nie mając odwagi iść dalej. Panowie Z. i dr K., przeczuwając jakieś nieszczęście, szybko przebyli galerię i po chwili znaleźli się w białej, marmurowej loggii19 pałacu, wychodzącej na park.
Tu, na posadzce zbroczonej plamami krwi zastali ministra w pozycji półklęczącej, opartego łokciem jednej ręki o tafle podłogi, a palcami drugiej wplecionego kurczowo w żelazne przęsła ochronnej balustrady. W oczach Pradery, zawleczonych już blachmanem20 śmierci, zastygły strach i zdumienie — z piersi przebitej nożem w okolicy serca sączyła się ciemna, purpurowa struga...
Przyjaciele jak piorunem rażeni stali przez chwilę bez ruchu u wejścia. Pierwszy ocknął się dr K. i rzucił się ku nieszczęśliwemu. Lecz wkrótce przekonał się, że ratunek był niemożliwy: zabójcze ostrze przecięło tętnicę...
Zwłoki przeniesiono natychmiast w głąb domu, zawiadamiając równocześnie o fakcie organy bezpieczeństwa publicznego. W pół godziny potem stolica, a w dwie kraj cały dowiedział się o ponurej nowinie...
Wdrożone natychmiast śledztwo nie dało żadnych pozytywnych wyników; owszem, w miarę ponawiania wysiłków władz policyjnych sprawa wikłała się coraz bardziej. Nie zdołano nawet ustalić charakteru zbrodni. Wprawdzie większość dzienników zaliczyła ją do kategorii zamachów na tle politycznym, lecz enuncjacje21 te brzmiały niepewnie i bez przekonania.
Zeznania świadków, w tym Amelii Pradera, żony śp. ministra, i służby, nie przyczyniły się prawie w niczym do wyświetlenia prawdy. Przeciwnie — wniosły raczej ferment zagadkowości i tajemnicy. Zwłaszcza jeden szczegół, podany przez kamerdynera, Józefa Święckiego, zabarwił ciemną aferę w sposób groteskowy.
Sługa ten, który rozmawiał ze śp. Praderą jeszcze o godz. 11 minut 15, pomagając mu przy przebieraniu się, zeznał, co następuje:
Dnia 22 września wrócił śp. minister do domu koło godz. 11 rano z ważnej konferencji dyplomatycznej. Był czymś silnie zdenerwowany i skarżył się na ból głowy. Po spożyciu krótkiego śniadania w towarzystwie żony nagle opuścił jadalnię, tłumacząc się tym, że ma jeszcze tego rana przed południem załatwić pewną, niecierpiącą zwłoki sprawę, i natychmiast przeszedł do sypialni, gdzie kazał się przebrać. Świadek pamiętał doskonale, że pan jego miał na sobie dnia tego ulubioną białą, pikową kamizelkę, podobno podarek imieninowy od żony. W czasie przebierania zauważył, że bielizna ministra i wspomniana kamizelka były silnie przepocone — szczegół fizjologiczny, którego dotychczas nigdy u niego nie zaobserwował.
— Jaśnie pan zapewne szedł dziś za szybko po schodach — ośmielił się na oględną supozycję22.