Pomian skręcił w uliczkę drugą na prawo i zatrzymał się przed jej grobem.
Wyglądał pięknie. Geniusz śmierci pochylony w zamyśleniu nad mogiłą miał słodycz smutku niewysłowioną. Tulipany w doniczkach przyniesione przez kochanka tydzień temu dotychczas nie powiędły; ich śnieżne, zadumane kielichy chwiały się łagodnie w porannym wietrze.
Pomian usunął zeschłe wieńce i zastąpił je świeżymi kwiatami. Potem usiadł na ławce wkopanej w ziemię po lewej stronie grobu, wydobył z portfelu podobiznę Amelii i długo wpatrywał się w nią z bolesnym zachwytem...
Nagle usłyszał szelest kroków. Podniósł głowę i zobaczył nadchodzącą z głębi alei smukłą, czarną postać duchownego. Rysy księdza, poważne a łagodne, wydały się znajome. Te oczy słodkie, błękitne, przesłonięte nalotem mistycznej zadumy, nie były mu obce.
— Ksiądz Alojzy! — szepnął, chowając fotografię ukochanej i powstając z ławki. — W tym miejscu i o tej godzinie... Dziwne spotkanie...
I zbliżył się ku niemu, składając ukłon pełen szacunku. Ksiądz odpowiedział nań trochę zdziwiony.
— Wybaczy ksiądz doktór, że go zatrzymuję — lecz szczególny zbieg okoliczności, który sprowadził nas obu na to miejsce w tej chwili, jest dla mnie wskazówką, że tak mi postąpić należy. Nieprawdaż, mam zaszczyt rozmawiać z księdzem kanonikiem, Alojzym Korytowskim?
Na ustach kapłana pojawił się łagodny uśmiech.
— Zaszła jakaś pomyłka — odpowiedział, patrząc z zainteresowaniem w nerwową twarz Pomiana. — Pan wziął mnie zapewne za kogo innego; nazwisko moje: Jan Sowiński.
— A jednak jestem przekonany, że się nie mylę co do osoby. Jestem Pomian, z zawodu literat. Czy rzeczywiście nazwisko moje jest księdzu kanonikowi zupełnie obce?