I rzecz dziwna — w okresie „mistycznej awantury”, której mianem ochrzcił swój niezwykły romans — proces przemiany jakby zastanowił się52; budząca się w jego duszy bestia ludzka, której oddech zalewał mu już twarz ohydnym wyziewem, przykucnęła w nim gdzieś w najskrytszych zakamarkach. Czy na długo? Nie wiedział.
Tymczasem zachowanie się Weroniki zdawało się zmierzać ku temu, by ją stamtąd wywabić; demoniczna mniszka, jakby wyczuwszy przyczajone w nim zwierzę, nęciła je ku sobie coraz przemożniej czarem zakonnego dziewictwa...
Któregoś wieczora przyszła wcześniej, i to wprost do jego pracowni, jakby chcąc w ten sposób uniknąć adoracji. Pomian w pierwszej chwili nie spostrzegł jej obecności w pokoju; zamyślony patrzył w przestrzeń za oknem. Nie wiadomo jak, nadpłynęła nań w tej godzinie fala wspomnień z lat dziecinnych. Przed spojrzeniem wewnętrznym przeciągały uporczywie obrazy „sielskie i anielskie”, rozsnuwały się w barwach szczególnie jaskrawych miraże przeszłości... Oto widzi siebie w jasnym, odświętnym ubranku na tle sadu pod starą, rosochatą gruszą. Grzegorz, sadownik, ukryty gdzieś tam w gąszczu listowia, strąca „kulą” owoc. Pachną gruszki dościgłe53, soczyste... Mały Tadzik ukradkiem napycha kieszenie... A oto rzeka w podgórskiej wsi. Wakacje. Lipiec. Skwar. Pastuchy poją konie u brodu. Tadzik wchodzi do wody. Rześki dreszcz spływa po ciele i znika usunięty ruchem wiosłujących ramion. Srebrzysty żywioł drga miriadem zmarszczek, fałduje się w nieskończoność. On kładzie się grzbietem na wodzie i wpatrzony w toczące się ciekliny, duma nad dolą fal... Pokój dziecinny — duża, skąpana w słońcu świetlica — wkoło porozstawiane krzesła i stoliki. Zabawa „w konika”...
Pijane wspomnieniami oczy natrafiają nagle na czerniejącą w progu wyniosłą postać zakonnicy. Weronika nie patrzy nań w tej chwili. Spojrzenie jej błądzi po pracowni, przenosząc się ciągle z miejsca na miejsce. W końcu ustala się i zatrzymuje na nim.
— Co za rozkoszny chłopak! — mówi z uśmiechem.
Powstał zaskoczony, otrząsając z siebie resztki marzeń:
— O kim mówisz, siostro?
— O ślicznym, modrookim chłopczyku, który przed chwilą, gdy wchodziłam w próg, bawił się w tym pokoju „w konika”.
— Chłopaczek? Tutaj?
— No tak. Tu na tych krzesłach. Siadał okrakiem jak na konia i przeskakiwał z jednego na drugie. Potem wybiegł tamtymi drzwiami. Kto to? Czy może twój młodszy braciszek? Ogromnie do ciebie podobny. Tak musiałeś wyglądać, mając lat osiem.