— Czegóż to zakradasz się do domu o zmierzchu, gagatku? — pytał, przypatrując mu się uważnie. — Każę cię odstawić do najbliższego komisariatu. Hej! Posterunkowy!
— Józef! — wykrztusił nareszcie ze ściśniętej gardzieli Pomian. — Józef! Czyś dostał pomieszania zmysłów? To ja!... No, puść mnie, stary ośle!
Ręka sługi momentalnie opadła. Nareszcie po głosie poznał pana.
— Ha! To pan?! To naprawdę pan?!... Hm... Nie do poznania... nie do poznania... I gdyby nie ten sam głos...
I osłupiałym wzrokiem wświdrowywał mu się w twarz, niewidzianą od dwóch miesięcy. Nagle z ogromnym płaczem runął mu do nóg, obejmując za kolana:
— Na miły Bóg, co się z panem stało? Na miły, święty Bóg, co się z panem wyrabia?!
Pomianem miotnęła nagła wściekłość.
— Wstawaj, durniu, i odczep się ode mnie! Słyszałeś?! Walizę i prowiant na jutro mieć w pogotowiu! Zrozumiałeś? No, dość już tych głupich komedii!
I odsunąwszy szorstko starego, wyszedł pośpiesznie na miasto.