Pomian wyczuł w głosie drżenie niepewności.
— Wybornie! Jak nigdy jeszcze w życiu. Dziękuję wam, drodzy moi, za punktualność. Jedziemy?
— Natychmiast. Pozostaje tylko 10 minut.
Wsiedli. Pojazd ruszył, otaczając się w jednej chwili aureolą pyłu. Pomian, zauważywszy, że Danielski studiuje go ukradkiem z boku, uderzył go lekko dłonią po kolanie.
— Lolku, wyglądasz dzisiaj trochę nieswojo. Czy znów po scenie z Idą?
Przyjaciel uśmiechnął się przekonany.
— Brawo, Tadzik! Jedziesz jak na wesele.
Nad głowami jadących zaszumiały spławy pierwszych dębów; wjeżdżali w Cygański Lasek. Czorsztyński podniósł się z siedzenia i stojąc obserwował coś w dali przez lornetkę.
— Zdaje mi się, tamtych dotąd jeszcze nie ma — rzekł po chwili z uczuciem ulgi.
— To dobrze — odparł zadowolony również Danielski. — Poczekamy. Wolę, żeśmy pierwsi.