— Trochę dziwne — przerwał mu tok rozmyślań Marcin. — Powiedziałbym nawet: trochę komiczne. He, he, he!... Kuternóżka — Kuternoga, czy coś podobnego. „Kuter, kuter, kuternoga, co nie wierzy w Pana Boga” — powiadają ludziska. He, he, he! To się nazwał! No! I w dodatku „Pawełek”. Jak na kpiny.
I hamując świeży wybuch wesołości, kelner odszedł w głąb kawiarni, by nie drażnić więcej niesamowitego dziś gościa. Pomian zapłacił i wyszedł.
Czerwcowy poranek rozlał tymczasem po świecie różane blaski. Na kopułach kościoła i strzałach wież zapłonęły czerwone ognie, ponad dachami domów zaczęły przewalać się sinoszare woale dymów. Skądś od fabryk nadciągnęły przeciągłe jęki syren, a od gościńców turkoty wozów. Rozbudzone miasto zaszemrało rozgwarem dnia...
Szedł powoli wąską uliczką między wieżą dzwonnicy a absydą katedry. Lubił ogromnie ten zaułek, przypominający mu średniowieczne partie wielkich miast Europy, znane ze sztychów i starych obrazów. Unosiła się nad tą częścią miasta jakby jakaś tajemnicza półmgła wieków, jakieś senne, starcze dumanie. Potężny, brzemieniem lat ubiegłych przesycony nastrój spływał od bloków kamiennych wieżycowej baszty, drzemał po gzymsach i wnękach katedralnych wykuszy. Pod nogami dudniły czasem głucho płyty, zdradzając istnienie podziemnych lochów, a w skwarne dnie lata wydobywał się skądś spomiędzy szczelin i przepuklin kościelnego dziedzińca szczególny, stęchlizną grobów przesiąknięty wyziew. Podobno niegdyś rozciągał się dookoła katedry cmentarz; dziś miejsce jego zajął zielony, trawą porosły wirydarz z kępami bukszpanu pod strażą kilku rozrzuconych cyprysów.
U węgła dzwonnicy, pod kamiennym słupkiem u wylotu uliczki siedziała jak zwykle stara żebraczka, Teklusia. Pomian pozdrowił ją skinieniem głowy, rzucając jałmużnę na podołek brudnej, pstrej od lat spódnicy.
— Bóg zapłać, panie — podziękowała zawiędłym głosem, podnosząc ku niemu zgasłe, okaprawiałe oczy. — A! To wielmożny pan! Co to? Wielmożny pan chorował? Od kilku miesięcy nikt mnie tak jeszcze nie obdarował. Nie było mego dobrodzieja, nie było. Cosik wielmożny pan blady, hę? Pan Bóg może chorobę dopuścił?
— Nie było mnie przez parę miesięcy w mieście: wyjeżdżałem — zbył krótko pytanie. — A co tu u was słychać, Teklusiu? Jak przeszła Wielkanoc?
— At, jak zwykle. Wszystko odbyło się jak co roku.
— Wszystko jak co roku? — zapytał z niedowierzaniem w głosie. — Nic nie zaszło ważnego?
Stara popatrzyła nań z odcieniem zdumienia.