— Mam nadzieję, że z czasem zmienisz zdanie.
— Być może. Na razie wolę pozostać w sferze normalnych objawów życia.
I na tym wyczerpali dyskusję.
Wkrótce jednak potem zakradło się w „sferę normalnego życia” Amelii coś, co przyśpieszyło znacznie spełnienie przepowiedni kochanka.
W ciągu miesięcy zimowych spostrzegł Pomian, że nerwy jej zaczynają nie dopisywać. Bez powodu przerywała rozpoczętą rozmowę i zdawała się czegoś nasłuchiwać. Czasem ni stąd, ni zowąd zmieniała ułożone od paru dni plany, odkładając pewne czynności na później. Często sprawiała wrażenie roztargnionej i czegoś wyczekującej. Dawniej własnowolna i trzeźwa aż do przesady, teraz stała się przesądna i jakby spętana przez błahe i nic nieznaczące względy. Poniedziałki np. nabrały dla niej własności dni feralnych i zaczęła przypisywać specjalne znaczenie podarkom otrzymywanym od kochanka; pięknej, w kształcie iglicy wysadzanej perłami broszki, ofiarowanej przez niego w dzień jej imienin, nie przyjęła z obawy, by „się nie pokłócili” lub by „jej coś złego nie spotkało”.
— Od pewnego czasu — tłumaczyła mu trochę zakłopotana — przekonałam się, że nie należy przyjmować z rąk przyjaznych żadnych rzeczy ostrych, jak noże, scyzoryki, szpilki itp. Ponadto słyszałam, że perły przynoszą nieszczęście.
Pomian potrząsnął głową z niedowierzaniem, lecz ostatecznie wobec zdecydowanej odmowy musiał ustąpić.
Pewnego wieczora, gdzieś w połowie marca, zastał ją w jasno oświetlonym saloniku w towarzystwie nowej pokojowej, pani Michalskiej, która trzymając Amelię w ramionach, zdawała się ją z jakiegoś powodu uspokajać i pocieszać. Spostrzegłszy wchodzącego, poczciwa kobieta odetchnęła z ulgą:
— Bogu najwyższemu chwała, że wielmożny pan nadszedł!
— Co się tu takiego stało? — zapytał zaniepokojony.