— Jezusie, Mario! — jęknął Szponar. — Giń, maro!
I zakreśliwszy w powietrzu znak krzyża, rzucił w nią toporkiem.
Cios trafił w czoło. Rozległ się okropny skowyt i długie, przeciągłe wycie.
Czerwone widmo cofnęło się skwapliwie w głąb domu i wsiąkło bez śladu.
Sierżant powiódł ręką po czole i spojrzał wkoło błędnymi oczyma.
Coś się w nim nagle załamało; nie miał już sił do dalszej akcji. Wyręczyli go towarzysze.
Pożar nagle jakby przygasł, skurczył się, ustępował; sikawki wzięły nareszcie górę. Wśród deszczu rozpylonej ich paszczami wody spokojnie już spuszczono worem na dół ostatnich mieszkańców.
Szarzało na niebie, gdy umęczeni śmiertelnie, czarni od dymu i kopciu pożarnicy zeszli po drabinach na ulicę. Chwiejnym krokiem zamykał ich pochód sierżant Piotr Szponar...
Nagle doszły go jakieś okrzyki. Z tłumu zgromadzonego pod spalonym domem padło niespodzianie okropne przezwisko:
— Czerwona Magda! Czerwona Magda!