Nagle ze złotej trapezy u szczytu buchnął w niebo ogień ofiarny zażegnięty ręką Atrarwana; naczelny mobed, ze złożonymi na piersiach rękoma wpatrzony w płomienie paleniska, pogrążył się w zbożnym skupieniu. Ubrany w szeroki, purpurowoszkarłatny płaszcz z rytualną przepaską „fadam” na ustach, w miękkim szafranowym zawoju na głowie wyglądał jak wcielony po wiekach awatar22 któregoś z arcykapłanów boskiego Agni23. Twarz jego fanatyczna, ostro zarysowana w krwawym żarze ołtarza górowała wysoko nad tłumem, niby wykute w marmurze oblicze wschodniego bóstwa...
Poniżej ofiarnego stołu, na stopniach piramidy gorzały w lampach z drogich kamieni różnobarwne ognie, jak rozbite na siedem pasm kolory tęczy. Wykwitały płomienie zielone z cudnie rzniętych ampuł ze szmaragdu, kamienia, który chroni przed epilepsją — łagodne, fiołkowe z czar ametystu — pąsowoszkarłatne ze smukłych liklinosów24 z krwawnika — doradcy wesela, lub z kornaliny25 pomocnej w chorobach miesięcznych. Ciemnobłękitne lub modroniebieskie języki drgały w roztruchanach26 z szafiru, kagankach z turkusu, wlewając w serca struchlałe i smutne leki na trwogę i melancholię — pomarańczowe w baniach z topazu i turmalinu27, broniąc przed troską i lunatyzmem, ciemnożółte wśród zwojów muszli z jaspisu, oślepiająco białe w żyrandolach z agatu, rozpogadzając dusze i lecząc nudę...
A wśród tych płomieni strzelających z kosztownych świeczników, z lamp alabastrowych i z latarń przedziwnych przesuwały się jak na jakiejś szaleńczej maskaradzie postacie obłąkanych Gebrów w strojach cudacznych. I była ta wielka ogniowa reduta jakby pomieszaniem wszystkich stylów; zdawało się, że cokolwiek ludzkość od prawieków stworzyła w dziedzinie obrzędowej mody, tutaj skupiło się jakby na rewię dziejową. Obok powłóczystych burnusów28 kapłańskich gorącego Wschodu, syryjskich chlamid29 słońca, krzyczących sytością barw płaszczy i tiar służebników Izydy30, Mitry i Ammon-Ra-Jowisza31 snuły się jak senne majaki w dymie ofiarnych kadzideł greckie, niepokalanie białe peplosy32 i chlajny33, dostojne rzymskie togi i dalmatyki34. Obok fantastycznych szat ofiarników Brahmy35, strojów służebnych wyznawców Malabaru i Cejlonu widniały w kłębach spalanej na ołtarzach mirry chrześcijańskie stuły i ornaty, obwieszone amuletami opończe indyjskich „lekarzy”, popstrzone symboliką znaków skórzane kubraki murzyńskich cudotwórców...
Na czwartym stopniu piramidy, pod cudną lampą w kształcie rozwartego kielicha lotosu, w którym chełbiły się węże szkarłatnego ognia, stał jeden z raspich i wołał wielkim głosem:
— Jestem Płomień, syn Ognia! Urodziłem się z Iskry, jego kochanki, w godzinie miłosnej tęsknoty.
I wygiął ciało w giętką, esowatą linię płomienia.
— Syn Ognia i Iskry, miłością tchnę cały i żarem pożądań. Pójdź do mnie, wstydliwa Scintillo! Ogarnę cię oplotem mych ognistych ramion i rzucę w otchłań słodkiego zapomnienia.
I objął bladą, smukłą kapłankę.
— Panowie i panie! — krzyczał jakiś olbrzymi Gebr, pochylony nad żarem jednego z dymiących ołtarzy. — Mnie wpierw słuchajcie! Jestem Prometeusz! Ten sam, co przed wiekami wykradł zazdrosnym bogom ogień ze szczytów Olimpu i ludziom przyniósł na Ziemię. Bracia! Bogowie — to kłamcy i podli fałszerze! Złamałem ich moc złośliwą, strzaskałem łańcuchy, co mię przykuły do stoków Kaukazu.
Tu podniósł w górę pudełko z tutek do papierosów.