Lecz odtąd, od pamiętnego wieczora, nadzieja jasna rozkwitła mu w duszy i dościgała w spełnienie. Bo oto z dniem każdym słyszał coraz wyraźniej, coraz bliżej, coraz dobitniej. Po chwili milkło wprawdzie, głuchło gdzieś, rozwiewało się, lecz nazajutrz, o zmroku, w tę dziwną godzinę przesiłu dnia z nocą znów powracało mocniej już, głośniej, prawie namacalnie...
Aż przyszła godzina ziszczenia.
W jakąś noc grudniową, noc śniegiem zawianą, gdy znużony czuwaniem schylił siwą głowę głęboko ku piersi, zabrzmiał sygnał...
Wawera zadrżał i obudził się:
— Co to?!
— Bim-bam... — zabrzmiało powtórnie. — Bim-bam...
Sygnalizator grał. Po raz pierwszy od czasu objęcia służby usłyszał budnik kucie młotków...
Pokraśniał cały, trzęsącymi się rękoma włożył czapkę, zarzucił szynel8 na ramiona i porwawszy latarkę, wybiegł przed budkę.
— Bim-bam... — grało na słupie.
— Idę już, idę — szepnął, słaniając się na nogach ze wzruszenia.