Klasztor i morze

Mojej Matce poświęcam.

Ave, Maris Stella!

Witaj nam, Gwiazdo Morza, Panno Przeczysta, witaj! Ponad roztoczą wód, nad bujowiskiem1 fal rozpostrzyj łaskę Twych dłoni i łagodź, uśmierzaj, koj! Ulituj się nad trudem wieczystym przewałów i daj im spocząć na chwilę w godzinę wieczornej zadumy — gdy ląd zmożony znojem dnia na spoczyn2 się kładzie zmierzchowy, gdy po pażycach, po okolach3 rozwieszą się białe giezła mgieł i kończą swe loty rybitwy...

Niech ścichnie na chwilę huk przyboju i złagodnieją szumy morskiej przelewy4, gdy wracający z łowiszcza rybacy przybijają do strądu5 na ciężkich od storni kutrach. Przyjmij ich łaskawie, Matko Przedziwna, przywitaj i przytul do łona — bo utrudzeni wielce po pracy i pieszczot matczynych stęsknieni.

I o tych pamiętaj, co powierzywszy swą dolę odmętom morza, tułają się o tej godzinie po bezkresnym pustkowiu wód. Ześlij im wiatr pomyślny, który wydawszy żagle, zawiedzie ich do bezpiecznej przystani. A gdy już bystrz zdradliwa zaniosła ich między snadzizny6 i rafy, wyprowadź ich na wolne od potrzasków głębie i daj im noc spokojną pod gwiaździstym niebem, Sterniczko Niebieska!...

Lub jeśli gdzieś w krainie wielkich burz schwytany w kręgi dzikich szkwałów7 statek z podartą płachtą żagli i strzaskanym masztem grąży8 się bez ratunku w otchłanne leje bełku9, podaj dłoń zbawczą rozbitkom, o Królowo Morza! Niech litościwa denega10 podsunie pod omdlałe ciała swój grzbiet sprężysty i złoży lekko, jak matka dziecię, na miękkie piachy wyspy...

Bo wszystko możesz, Ty najlepsza z matek, nad ziemię niską, nad nieba wzniesiona — Ty, której berła ląd i morze słucha — o Gwiazdo Morska, o Święta Dziewico!


Przechylone przez parapet tarasu, z oczyma zatopionymi w bezkres przestrzeni żegnały mniszki zachodzące słońce. Tam w dole, u stóp klasztornej góry, jakich 100 m poniżej tarasowego wykuszu pieniła się morska kipiel. Rozkiełzane wełny, wypadłszy z macierzystego miąższu, wspinały się z wściekłym rozmachem na bloki skalnego masywu, zdobywały go do połowy wysokości i osłabłe, wyczerpane wysiłkiem obsuwały się spienionym popluszczem pomiędzy głowice raf. Te chwytały je wlot na ostre swe paliszcza, rozpruwały na bryzgi wrzątku i rozbite na miazgę, rozmielone na zielonawobiały pył odrzucały precz z powrotem ku morskiemu łożysku. I szedł od tego miejsca wiecznej walki i zgiełku głuchy postęk i huk wodogrzmotów i wstępowała ku wiszarom strądu mgławica wodnej kurzawy, przesłaniając co chwila tajnice zmagań się morza z ziemią...