Pioch kiwnął głową na znak, że rozumie.
— Za pół godzine odcumujem, Józk, i pójdzemy z botami79 na łowiszcze. — Zwrócił się z kolei do syna. — Będzie dzisia s nomi belna kumpania. Cezy80 przyrychtuj81 no czos!
— A skąd odbijem?
— Od cumowiska za szperkiem.
— Hej, podle kutra Paszkowego na kocwi82, com go widzioł dzisia rano?
— Gwes, podle kutra.
I nie chcąc psuć młodym kilku chwil lubej samotności we dwoje, poszedł ku checzy Otylii Paczulanki. Zastał starą na progu z garnkiem pełnym „gapiego rosołu”, chudej, postnej zupy z chleba pokrajanego w kostki i zalanego juszką czosnkową. Był to jej obiad; tym żywiła się codziennie na „półni”.
— Podzcieno ku nom — zagadał do niej — podjecie se trochę bulwe i golców83; zostało ich noma dość z „podpólnika84”. Najdzecie tyż w garncu na piecu zoczerke85 i bańtke86 smażono.
— Bóg wom zapłać — nie głodnom; jodłom dzisia podpółnik u Morscich Ponienek — odpowiedziała, przechylając brzeg garnka ku bezkrwistym ustom.
Pioch patrzył na nią ze współczuciem. Mimo jej zgryźliwości i ostrego języka lubił Otylię; wdowa po Paczuli, towarzyszu wspólnych wypraw na dalekie morza, przypominała mu dawne, piękne czasy; ponadto oboje byli jedynymi łącznikami między osadą i morzem a klasztorem: on jako dostawca ryb, ona jako pomocnica na folwarku. Za życia męża wiodło jej się niezgorzej; lecz gdy Jan podczas jednego z wiosennych sztormów zaginął bez wieści wraz ze swym botem87, zła dola zagościła na stałe do jej checzy. Odtąd bytowała tylko, nie żyła. Trochę ratował ją klasztor, trochę ludzie dobrzy z pobrzeża, trochę praca własnych, starych rąk. Zgorzkniała, potwornie brzydka, wychudła jak szkielet obnosiła Ota swe stare kości po szarym, obojętnym jej świecie. Na wiosnę i jesienią, czasu wielkich burz trudniła się wyławianiem morskiego przypławku, w porze zimowej i letniej, gdy lód pętał pobrzeża lub na rozlewisku królowała głada88, chodziła po okolicznych osiedlach w roli znachorki-krwawnicy; wypędzała zgagę do morza i przenosiła różę z chorych na członki zmarłych lub na drzewa i kamienie; umiała też wygotowywać przeróżne leki na choroby płuc i nerek, usuwała brodawki i puszczała chętnie krew. Na Oksywskiej Kępie uchodziła za czarownicę; mówiono, że Pomrucz, duży, czarny kot łażący za nią krok w krok był jej kmotrem-diabłem, z którym związała się paktem krwi. I chociaż Paczulanka śmiała się w żywe oczy z tych ludzkich pogadków, przezwisko baby-jędzony, Oty-czarownicy przywierało coraz uporczywiej do jej zawiędłej postaci...