Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie...

I oto po 10 latach męki nie do zniesienia los jakby ulitował się nad nim. Pół roku temu, jakoś z końcem listopada, po powrocie z Hondurasu dzięki szczególnemu przypadkowi dowiedział się o miejscu obecnego pobytu Hanki. Wiadomość podziałała jak objawienie; przez parę dni Warmski chodził po świecie jak lunatyk, nie jadł, nie spał, na pytania nie odpowiadał.

W ciągu 10 lat przepływać tyle razy obok klasztoru i nie wiedzieć, że ona w nim przebywa! Jak można, jak można było! Co za karygodna niewiedza, co za potępienia godna ślepota! Hanka — anuncjadą! Hanka — Morską Panną! Królewna! Święta!

W tydzień potem zaciągnął się ponownie do rządowej służby i został inspektorem policji morskiej na wodach terytorialnych: zrzekł się wędrówki po bezkresnych pianiach morza i zamienił żeglugę w wielkim, bujnym stylu na skromny, przybrzeżny kabotaż.

Dla ciebie Hanko! Dla ciebie, Jedyna!

Od tej chwili nie było dnia, aby Warmski nie przejeżdżał na swej brygolecie mimo klasztoru anuncjatek. Pod pretekstem wymogów służbowych, pod osłoną racji strądowego ładu i bezpieczeństwa wymykał się kapitan z portu na swym ukochanym statku i zawsze docierał do linii klasztornej rozkali.

Tu witały go zimnymi blaski mroźne, grudniowe zarania, okrążały zgiełkiem południowej godziny rzesze mew i rybitw, tu szydziły zeń pokrwawiem zachodu konające słońca i patrzyły na jego tęsknotę chłodne, obojętne księżyce. W noc wigilijną, gdy cała załoga rozpierzchła się po domowych zaciszach, by na łonie rodziny spędzić ten jedyny w roku radosny wieczór i pokolędować Maleńkiemu przed stajenką i choinką, kapitan Warmski, pozostawszy na opustoszałym statku sam jak palec, wsiadł do motorówki i pognał ku klasztornemu przylądkowi. I podczas gdy inni w ciepłych, rozjarzonych światłem izbach łamali się opłatkiem, on jak potępieniec tułał się po morzu dookoła skalistego wyskoku, roztrącając stężałą, na pół zakrzepłą już falę dziobem swej łodzi.

Tak upłynęła mu zima i początek wiosny. Warmski czekał. Roztęsknione oczy jego błądziły po klasztornym tarasie, zagłębiały się głodne w wyloty krużganków, żebrały o litość strzeliste, bezcenny skarb skrywające okna i konały z bólu u podnóży kamiennych przyporników...

Aż wybiła godzina spełnień: niezapomniany świt Wielkiej Soboty. I nastały dnie miłosnego rozmodlenia i adoracji, tydzień hołdu i uwielbienia.

Co dzień, gdy ponad rozłogami morza budziły się pierwsze przeczucia poranku a rozewska latarnia wysyłała ostatnie rozbłyski, podpływał Warmski pod taras i co dzień witał z daleka oczekującą. I szły ku sobie ich spojrzenia poprzez kurzawę kipieli, poprzez wrzątek wód i zwarłszy się w uścisku, wiązały ślubami wieczystego miłowania. I wędrowały ku sobie ich dusze poprzez grzywy deneg237, poprzez zgiełk przyboju i spotkawszy się w drodze, tuliły do siebie jak para rozkochanych gołębi. Tylko twarz jej z dniem każdym stawała się bledsza, tylko oczy jej z dniem każdym bardziej podobne do oczu konającej łani...