Rodzic Hanczyny dostatnią oborę dzierżył, że dziewce ponierazu82 przychodziło się dobrze nagonić, nakrzyczeć, nim to z pastwiska w obejście zawróciła. Litował się jej umęczeniu Wonton i nieraz, bywało, od roboty wolniejszy zachodził w parów i pomagał spędzać kierdel83 w opłotki.
Tak ci się i dziś przygodziło84. Że już pora była zawracać do domu, przytknął do warg ligawkę i smutna dumka poniosłaś85 po rosie wieczornej.
Gdy już rozwiały się ostatnie pogłosy, skądś zza wzgórzy, pagórów przewąkroniłoś w lewadę...
Jawor, jawor,
Jaworowy gaj!...
Słysz, jak głucho smęci,
Zżółkłe liście kręci
Dziki, luty wiatr!...
Hej!...
Jawor, jawor,