Młodszy szedł w poprzód, cały w pośmiechach, zradowany szczęsną żeńbą — Wonton z nawisłą głową z zapamiętaniem jakowymś naśladował kroki bratowe.
Lica schylonego widać nie było ni oczu, lecz kiedy od czasu do czasu prostował się w górę, postrzegałeś twarz ziemią bardziej niż ludzkim ciałem patrzącą, w jagodach zapadłą jamami, przeżartą. Tylko źrenice mu pełgotały gromnicznym światłem gdzieś głęboko, głęboko w jaskiniach oczodołów. We wsi gadali, że człek to już strawiony do przyciesi. Bo i prawda: ostatkami gonił...
Dziwnie bo, dziwnie bywa na tym tu ziemskim postoju i przeróżne ludziska snują się po obłędliwych lasach świata tego.
Idzie ci człek, idzie niby narokiem96, aż tu się nie opatrzy, gdzie i po co zawitał. Na pokaz własnowolny, a w rzeczy jako to łątko konopne, wiatrów igrzysko napolne. Wije się to, krąży, a wkoło, a wkoło wartoli... Dolo ty, dolo człowiecza...
Przywrze niejeden wierzeniem do czegoś tak krzepko97, rozeprze się skalnym zamczyskiem w posadach tak rozłogo98, że go stamtąd nie wyruszyć. A wierzenie owo rozliczne. Jeden się klnie Bogiem, drugi biesowi przykłonną99 cześć niesie, poniektóry z innymi się siłami zmaga.
Zaklęci owych mocy wyzwiskiem najcięższym mozołom wydolą, jakby wsparci na tajemnych barach po szczerby reglowe się dźwigną.
Nie odgadniesz pono100 nigdy, kto ich tak mocarzy101 — one włady102 ciemne, którym zawierzą, czy własny duch wierzeniem stalny103?
Bo znikąd nie wiesz, zali104 są naprawdę.
Może to z człeka własnej duszy na świat wychodzą mocarki?
Jeno że sam inędy105 źródliska dopatruje.