— Bóg skarał.

Czy po prawdzie, nie wiada111. Może sam siebie. Może go własna dusza spełnić klątwę niewoli. W mrokach bo brodzim112 wszyscy, we mgławych i nikt nie pewien, dlaczego.

Bywa i druga moc duszna, po równo straszna i władna. Potęga niewiary. Choćby go ojciec, mać rodzona na sąd Boży pozwali, klątwą obrali, nic mu to — zurąga i dziwo: nic mu się złego nie przygodzi. Bywają, bywają ostapowe ludziska!

I ci mocarni, przewładni, lecz, zda się, inaczej. Mroczno bo pośród nas, ćmawo i wieczyście bytujemy na oparzeliskach młaczanych, bez postanku dymiących, mglicami zasnuci, że brat brata w poćmie nie odróźni. Ziemni posieleńcy113!

Jedno z tych odparów wyziera, jedno krwawiącym ślepiem łzawi: krzywda! Okrutna, bezwinna krzywda ludzka!...

I to powieczne pytanie: „Przeczże? Dla jakiej przewiny?”.

Pytał i Wonton, wypatrywał od roku, od onej godziny i po dziś dzień nie odzierżył odparcia. Więc zmarniał do szczętu i spiołuniała mu dusza...

Weszli na Czarci Skok.

— Ostap! Bracie, daj rękę, cno114 mi jakoś wedle115 osierdzia!

— Naści116, boju! A dzierż się krzepko!