Więc przestałem nalegać i w milczeniu już piłem rozkosz boskiego jej ciała. Była dziś namiętniejsza niż podczas ostatniej schadzki. Co pewien czas chwytał ją spazm lubieży24, oczy zachodziły mgłą omdlenia i bladła śmiertelnie; delikatną jedwabistą skórę przebiegały krótkie dreszcze, zęby o połysku pereł ścinały się bolesnym kurczem. Wtedy przerażony wypuszczałem ją z objęć i chciałem cucić. Lecz była to tylko chwila: paroksyzm mijał szybko i nowa fala żądzy młodej, żywiołowej, nieskrępowanej niczym grążyła25 nas w odmęcie szału...
Rozstaliśmy się późno w noc, koło godziny pierwszej. Na pożegnanie przypięła mi do piersi bukiecik fiołków. Podniosłem do ust jej rękę:
— Więc znowu aż za tydzień?
Skinęła w milczeniu głową.
— Niech i tak będzie. Żegnaj mi, carissima26!
Wyszedłem.
W przedpokoju podczas wkładania palta nagle przypomniałem sobie papierośnicę, pozostawioną na konsoli27. Nie zdejmując tedy28 okrycia, wróciłem do pokoju po zapomniany przedmiot.
— Przepraszam cię — zacząłem, zwracając się w tę stronę, gdzie pozostawiłem przed chwilą Jadwigę. Lecz rozpoczęty frazes29 zamarł mi na ustach. Jadwigi w sypialni już nie było. Czyżby już odeszła do przyległego pokoju? Nie słyszałem przecież odgłosu otwieranych wewnątrz drzwi...
— Hm... szczególne — mruknąłem, chowając papierośnicę — szczególne...
I powoli, w zamyśleniu zeszedłem po schodach na ulicę.