Na twarzy Stachy odbił się wyraz niezmiernego bólu:
— Pogardzasz mną? — zapytała prostując się dumnie.
— Nie, przeciwnie. Czczę i szanuję jak mało kogo. I dlatego tak postępuję.
Ściągnęła wspaniałe łuki brwi i wpatrywała się weń przenikliwie:
— Nie kochasz mnie!
Kobierzycki powstał i, ujmując łagodnie przegub jej ręki, odparł spokojnie:
— Przeciwnie, kocham panią, lecz nie tak jak inni. Kocham panią, Stacho, lecz na swój sposób. Nie umiem inaczej. Miłość moja pozbawiona jest zmysłów.
— W takim razie jak mam tłumaczyć sobie twe postępowanie wtedy? — zapytała, oblewając się purpurą wstydu na wspomnienie godziny rozkoszy.
— Przepraszam panią — szepnął, pochylając się ku jej ręce. — Obraziłem cię. To była u mnie chwila wyjątkowa, gdy nie władnąłem sobą: byłem jak nieprzytomny.
Przesunął dłoń po twarzy, jakby chcąc zetrzeć z niej głęboką rysę męki, co przeorała ją w tym momencie.