Siedem krwawych żagwi przekreślało poranny widnokrąg — siedem płomiennych proporców rozwinęło bandery ognia nad miastem. Palił się klasztor o.o. reformatów, gmach sądu, starostwo, kościół św. Floriana, koszary straży pożarnej i dwa domy prywatne.

— Gore! Gore!

Przez rynek przewalały się rzesze ludzi, pędziły wozy, rzegotały pożarne pojazdy. Jakiś człowiek w stroju strażackim, z rozwianym włosem i płonącą pochodnią w ręce przeciskał się gorączkowo przez tłum.

— Kto to?! Kto to?!...

— Zatrzymać go! Zatrzymać!

Dziesięciu pożarników idzie za nim w tropy:

— Trzymać go! Trzymać! To podpalacz!

Tysiące rąk wyciąga się chciwie za zbiegiem.

— Podpalacz! Zbrodniarz! — ryczy szalona od gniewu tłuszcza.

Ktoś wytrącił mu z rąk pochodnię, ktoś inny chwycił w pół. Szarpnął się i z pianą na ustach zaczął borykać się z przemocą... Wreszcie zmogli go. Skrępowanego sznurami, w podartym na strzępy ubraniu prowadzą przez rynek. Przy bladym świetle brzasku zaglądają mu w twarz: