Więc sprosił na igrzysko ludu wiele z miast i wsi i wyznaczył im siedliszcza kamienne półkręgiem nad brzegiem morza. A sam stanąwszy na rusztowaniu w środku koliska nad pluskotem wzwodliwych fal, wśród ciszy śmiertelnej rozpoczął widowisko.
I opowiedział im ognistą baśń o duszy ludzkiej i jej wędrówkach po szlakach życia. Mówił o wzlotach podniebnych i hańbie upadków, o rajskim śpiewał uśmiechu i piekielnej udręce, o wierze promiennej i kaźni zwątpienia. I dzierżgał na niebo swoją opowieść błyskami rakiet, gzygzakiem szmermeli, cudną poświatą Bengalu. Siał hojną dłonią całe przygarście złotego pyłu, miotał w noc cichą roje tęcz bez liku i świateł dżdżące wytryski. Rozpinał niebotyczne łuki, smukłe tumy i wież iglice, rzucał w ogniowym odmęcie gmachów podniebne arkady...
Nagle ustała orgia świateł, pogasły meteory i zapadły zwycięskie mroki nocy.
Lud zaszemrał niechętnie:
— Czyżby już koniec igrzysku?
I z rozczarowaniem spoglądali w dół na rusztowanie. Tam w blasku kaganka stał mistrz Jan z dłońmi przed się wyciągniętymi jak do modlitwy muezin, z twarzą wzniesioną ku niebu. Zda się skamieniał, zdrętwiał na miejscu...
Wtem wzleciała pod niebo cudna, ciemno-błękitna gwiazda, przeszybowała lotem błyskawicy ponad teatrem widowni i wzbiła się śmiało na firmament. Sześć ramion strzelało z błękitnej jej piersi, sześć świetlnych promieni z szafiru. Dziwna zaprawdę gwiazda.
Bo chociaż wspięła się tak wysoko jak żadna dotąd z rac mistrza, nie zmalała przecież dla oczu, lecz wciąż świeciła nad ziemią w pierwotnym swym blasku. A wtem zawisła w przestworzach na wschód od mlecznej drogi i zatrzymała się wśród siostrzyc...
Na próżno czekali widzowie, kiedy zgaśnie i stoczy się w morze, na próżno...
Bo gwiazda mistrza Jana nie miała już wrócić na ziemię, lecz przyjęta do grona rówieśnic odtąd miała świecić tam w górze.