Miałem przed sobą ciekawą zagadkę. Albo był to ślad jakiegoś maniaka, lub też trop człowieka głęboko nad czymś zamyślonego.
Może uparta myśl, zatoczywszy kolisty obieg, stanęła znów u wrót znękanego mózgu; może wędrowca opętała fatalnie jakaś idea, nie wypuszczając go mimo wysiłków z błędnego koliska?
Stanąłem w jego tajemniczym środku i rzuciłem okiem przed siebie.
Z wolna zwinięta w kłębek linia rozprężyła się i popełzła chwiejnie naprzód. Opętaniec przeciął nareszcie magiczny krąg i wyzwalając się z trudem, podążył prosto odruchem woli. Jakoś falistość znaków nieznacznie wyrównała się, krok zmężniał i z bezprzykładną chyżością zmierzał ku miastu.
Nie mogłem nadążyć tym nieludzkim skokom, które garnęły pod siebie parę metrów naraz; ten człowiek widocznie uciekał. Lecz nie spuszczałem go z oka i szedłem tuż za nim.
Było mi ciężko i z biedą podnosiłem nogi. Ilasty i na pół tylko podeschły grunt czepiał się obuwia, które też wkrótce pokryło się ceglastą glinką.
Byłem smutny.
Po znękanej głowie snuły się splątane gęstwy myśli, niby chmurne tumany mgieł pędzone biczami wichury; rozbłyskiwały i gasły jakieś ponure światła dźwigane w górę przez nieznane ręce, zawodziły korowodne tany brzemienne mgławice, bliskie ciekłego spełnienia. Od czasu do czasu dreszcz zimny przebiegał te dżdżyste obszary, fałdując je w spazm bólu...
Na krańcach świata słało słońce ziemiom wieczorne pożegnania, radląc22 skiby koralowym krajem23.
Z dali gwarzyło już miasto, konały przeciągłą skargą fabryczne syreny, wpierścieniały się w błękit dymy. Dźwięk mnie doleciał smętny, rozlewny... Poznałem. To trębacz grał na farnej24 wieży hejnał ku czci Panny Marii. Poważna, czcigodna melodia...