— Jesteśmy na miejscu. To Fondamente Nuove w pełnej chwale lipcowego popołudnia.
Wyciągnięta w dal linia bulwaru roiła się od ludzi. Przy stolikach porozstawianych przed winiarniami i cukierniami popijano słodko-cierpką marsalę51, turmalinowe52 chianti53, purpurową granatinę54 lub krzepkie nostrano z pobliskich winnic rodem. Gondolierzy w pomarańczowych koszulach i szerokich, czarnych kapeluszach nagabywali przechodniów, proponując przejażdżkę na Lido, Wyspy św. Michała, Murano, Burano lub uroczą isola55 di S. Francesco del Deserto. Beppo uśmiechnięty i zadowolony, że nas wyprzedził, już czekał w malowniczej pozie, wsparty o wiosło na wyżce swej „Rondinelli”. Skierowałem na Inezę pytające spojrzenie. A ona schodząc do łodzi, zgrabna i wytworna, w obcisłej, satynowej sukni koloru bleu foncé56, określiła cel jazdy w dwóch słowach:
— San Michele!
— Na Wyspę Cmentarną? — zapytałem, zajmując obok niej miejsce w gondoli. — Dlaczego właśnie tam?
Podniosła na mnie zdziwione oczy:
— Był pan tam już może?
— Nie, nie byłem — odpowiedziałem, patrząc na nią zamyślony — lecz widzi pani, nie lubię cmentarnych zaciszy.
— A jednak warto obejrzeć; w klasztorze obok jest podobno kilku mnichów Polaków. Cóż, sprzeciwia się pan stanowczo?
— Cóż znowu? — zaprzeczyłem. — Jak można sprzeciwiać się pani? Avanti, signor gondoliere, avanti!57 Trochę mi tylko nieprzyjemnie, że zaczynamy nasze wycieczki od tego miejsca.
— Por Dios!58 — rzekła, zasłaniając siebie i mnie parasolką przed natarczywymi promieniami słońca. — Nie lubię przesądnych mężczyzn. Adelante59, Beppo! Sia di lungo!60