— Jakie to piękne, seniora — rzekłem w zamyśleniu.
— I może właśnie dlatego sąsiaduje z pięknem innego pokroju — odpowiedziała, posuwając się ku najbliższemu grobowcowi. — A co pan powie o tej mogile?
Na płycie z alabastru odcinały się en relief dwa torsy: młodego mężczyzny i czarująco pięknej kobiety. On utkwił w niej rozkochane oczy i wyciągnął usta spragnione ku czarze, którą mu podawała z uśmiechem. Mimo woli rodziło się podejrzenie, czy puchar nie zawiera trucizny. Bo w uśmiechu kobiety czaił się odcień fałszu i okrucieństwa. Lecz tego zaślepiony mężczyzna zdawał się nie dostrzegać — jak nie dostrzegał na pewno żądła wąskiej weneckiej dagi71, którą ściskała w drugiej, w tył podanej ręce...
Rzuciłem okiem na wstążkę napisu.
„Al suo adorato sposo, Don Antonio de Orpega, spento nel supremo piacere — la moglie”72 — zwierzał światu swą tajemnicę w zwięzłych, lapidarnych słowach szczególny grobowiec.
Patrzyłem na Inezę wstrząśnięty do głębi.
— Więc tu spoczywa...
— Mój mąż — dokończyła z dziwnym, nie znanym mi dotychczas uśmiechem.
I wtedy dopiero, po tym uśmiechu poznałem, że kobietą na płycie grobowej była ona.
— Usiądźmy tam na ławce w alei cyprysów — zaproponowała.