Chwyciła mnie za rękę i odpowiedziała z akcentem zdumienia:
— Skąd panu przyszło to na myśl właśnie w tej chwili? Czyżby umiał pan czytać w cudzych duszach?
— Narzuciło mi się to jakoś tak znienacka, że nie mogłem się oprzeć. Czasem pewne myśli nadciągają nie wiadomo skąd i dlaczego.
Zaprzeczyła żywo:
— O nie! Pan się myli w tym wypadku. To ja w tej chwili myślałam o starej Cygance z Asturii, która mi wywróżyła przedwczesną śmierć męża.
— A zatem myśl pani przeniosła się na mnie — wyciągnąłem wniosek.
— Do you know something about painter-medium Luigi Bellotti?98 — usłyszeliśmy nagle oboje wyraźny fragment rozmowy prowadzonej przy sąsiednim stoliku.
Siedziało tam dwóch mężczyzn: jeden w pepitkowym garniturze z monoklem w oku, o charakterystycznych dla Anglików rysach starannie wygolonej twarzy, i drugi znacznie słabiej akcentujący swą przynależność szczepową.
— Też dziwny kaprys przypadku — rzekła donia. — Ten wyjątek z dialogu naszych sąsiadów jest jakby dalszym ciągiem interesującego nas właśnie problemu, a równocześnie przypomnieniem dla mnie.
— Cóż ma wspólnego malarz Bellotti z zajmującą nas sprawą? — zapytałem.