Wstrzymała mą rękę łagodnie, lecz stanowczo. Na ustach jej wykwitł tajemniczy uśmiech i przecząco poruszyła głową.
— Nie można dziś? Dlaczego?
Znów milczenie i ten sam wzbraniający ruch głowy.
— Dlaczego milczysz? Czy wiesz, że dotąd nie zamieniłaś ze mną ani słowa? Przemów do mnie choć słów parę! Chcę głos twój usłyszeć — musi być słodki i metaliczny jak dźwięk szlachetnego kruszcu.
Jadwiga milczała. Jakiś bezgraniczny smutek rozlał się nagle po całej jej twarzy i zmroził chwilę upojenia. Czyżby oniemiała?
Więc przestałem nalegać i w milczeniu już piłem rozkosz boskiego jej ciała. Była dziś namiętniejsza niż podczas ostatniej schadzki. Co pewien czas chwytał ją spazm lubieży130, oczy zachodziły mgłą omdlenia i bladła śmiertelnie; delikatną jedwabistą skórę przebiegały krótkie dreszcze, zęby o połysku pereł ścinały się bolesnym kurczem. Wtedy przerażony wypuszczałem ją z objęć i chciałem cucić. Lecz była to tylko chwila: paroksyzm mijał szybko i nowa fala żądzy młodej, żywiołowej, nieskrępowanej niczym grążyła131 nas w odmęcie szału...
Rozstaliśmy się późno w noc, koło godziny pierwszej. Na pożegnanie przypięła mi do piersi bukiecik fiołków. Podniosłem do ust jej rękę:
— Więc znowu aż za tydzień?
Skinęła w milczeniu głową.
— Niech i tak będzie. Żegnaj mi, carissima132!