Posłuszny, choć zdumiony, odsunąłem się od wazy.
Kański wciąż wodził palcami po rozsianych przed nim na stole kwiatach i uśmiechał się bezbarwnie. Nagle wybrał dwa z nich: czerwony i biały, i zwracając całkiem już przytomne oczy na mnie, rzekł cicho:
— Miałbym do pana jedną wielką prośbę. Może wyda się ona kaprysem obłąkanego lub czymś podobnym, lecz cóż to panu szkodzi?
— Proszę bardzo. Zaciekawia mnie pan. Co ja mogę zrobić dla pana?
— Drobnostka. Proszę sobie wybrać jeden z tych kwiatów.
Spojrzałem nań podejrzliwie:
— Istotnie dziwna prośba. Mam wybrać?
Na twarzy Kańskiego poprzez uśmiech przeglądało natężone oczekiwanie. Wybrałem czerwony.
Uśmiechnął się.
— Całkiem dobrze. Przeczucie pana nie zawiodło. Przecież w życiu nie zawsze wszystko dzieje się bez sensu. Więc czerwony tulipan dla pana. Mnie został biały.