Gdy po uczcie weselnej nowożeńcy zostali sami, wprowadziła go z błyszczącymi podnieceniem oczyma do swego buduaru. Na chwilę Kobierzycki został sam.

Czuł się dziwnie nieswojo, jakby zawstydzony. Usiadł na otomanie i zapalił papierosa. Wypuszczając pod strop kłęby niebieskiego dymu, usiłował ująć sytuację. Wydała się nijaka, arcyśmieszna.

— Głupia historia — mruknął strzepując popiół z klapy fraka.

Wtem spoza kotary, oddzielającej buduar od sypialni, wyszła jego żona...

Była zupełnie naga. Przepysznie wykute jej ciało oślepiało śnieżną białością na tle płomiennego płaszcza włosów, które kaskadą spływały niemal do stóp. W ręce trzymała płonącą ampułkę w kształcie złotego lotosu. Kołysząc się na cudnie sklepionych biodrach, postąpiła ku niemu z uśmiechem pijanej menady.

— Dzisiejsza noc należy do nas: noc ogniowego cudu, twoja noc, mężu mój i kochanku. Jakżem szczęśliwa i dumna!

Przytknęła płomień kaganka do kotary; powoli wśród ciszy przytajonych oddechów draperia zajęła się; długa, wąska wstążka ognia zaczęła wspinać się brzegiem zasłony pod sufit. Wtem z wnętrza domu odezwał się suchy trzask trawionych sprzętów i w nozdrza uderzyła woń spalenizny.

— Patrz!

Odchyliła płonącą kotarę, ukazując sypialnię. Kobierzycki ujrzał w głębi kotłujący kłąb płomieni.

— Czyż nie piękny widok, drogi mój? — zapytała wypuszczając z ręki ampułkę. I zarzuciła mu na szyję parę cudnych ramion.