Pomsta ziemi
W chacie wiedźmy Magdy dniało. Przez zmącone kiry nocy przebierał się tajonym, kocim chodem srebrno-szary świt, przesiąkał z wolna przez szyby, wlewał w świetlicę, majaczył po ścieli, rozpełzywał po toku, wnęcał w mroczne kąty. Okna, jakby bielmem zaszłe oczy, poczęły lśknić się i połyskiwać pod światło. Ale już i zza bliskiego boru rozległy się szumy a nawoływania, wszczęły dziwne pokrzyki, pohutnywania, radosne rozhowory1.
Czasem mignął płochliwym lotem nietoperz, huknął puchacz, lecz wnet milkł zestrachany. I znów nastawała cisza ogromna, zaparta, wyczekująca...
Daleko, daleko, na krańcu nieba coś, niby majak senny, różane przeczucie poranka mżyło mglistą poświatą; pół skłonu niebieskiego pojaśniało od tego świtania, odrzuciwszy mroki na północną połać; wschód rumienił się coraz mocniej, wzmagał w sobie i roztaczał pogodne, skąpane w rumianym świetle zaranie. Oto już strzeliste smugi uderzyły spod ziemicy i rozprysły po nieboskłonie, a za nimi w ślad wynikła złota kula słońca; zakolebała się przez chwilę nad światem, a potem wtoczyła na zweselone niebo. Kilka jasnych promieni liznęło ściany i powałę izby i rozkociło się po silnie ubitej podłodze.
W świetlicy roześmiał się wielki, biały dzień... Sosnowe dźwirze komory skrzypnęło i z mrocznej czeluści wysunęła się kraśna2 czarnobrewa. Lśniące, krucze włosy ściągnięte niedbale przy głowie czerwoną zawiązką staczały się po ramionach ku ziemi w miękkich zwojach. Ociężała od snu, poprawiwszy zmięty w nieładzie gorset wyszywanej koszuli, przysunęła dziewczyna stojącą pod ścianą ławę do okna; usiadła cała skąpana w złocistym świetle poranka. Prawą ręką ujęła w połowie włosy i zaczęła je przegarniać grzebieniem. Promienie grały w bujnych skrętach, pławiły w gorącej rozkoszy ciężkie sploty, za każdym żywszym targnięciem twardej, jędrnej piersi dziewuszej. Nuciła jakąś namiętną dumkę, goniąc wzrokiem po sperlonej rosą lewadzie3, co przez szyby widniała; z świeżej murawy biegło spojrzenie na szumiący świtową pogwarą bór, zwieszało się z konarów na konary, wnikało w czerniejącą tajemniczo głąb...
W komorze odezwał się suchy kaszel, a po chwili utykając na sękatym kosturze ukazała się brzydka starucha. Młoda, nie odwracając głowy, nuciła bez przerwy. Wiedźma koso spojrzała na córkę i, coś mamrocząc, zdjęła z przypiecka pęk suchego ziela, pokruszywszy je na drobne kawałki, włożyła do glinianego garnka i zasunęła w piec; potem rozpaliła pod spodem małe ognisko. Przez cały czas mruczała, bez ustanku wysuwając pomarszczoną, pokrytą brodawkami żuchwę.
Magda zeźlona była tego rana okrutnie. Nie wiodło jej się. Onegdaj Antoszce kowalowej tak odczyniła uroków, że kobieta ledwie co4 nie zamarła i rozchorzała do „niepamięci”; a kowal sklął, napomstował i ledwo kija nie imał5. Albo Jagnie sołtysowej takiego zielska zadała, że dziewki się niby błąd jakowyś czepił i przez trzy dni i nocy po chacie wodził.
Nie dziwota, że na takie leki ludziska poczęli odkazywać, spode łba patrzyć, a i przekpiwać. Byli i tacy, co z nią i gadać nie chcieli, jeno schodzili z drogi jak temu psu zapowietrzonemu, a wrótnie6 do zagród zawierali7, gdy podle8 przechodziła.
A przecież bywało drzewiej9 inaczej; szanować — ta jej tam nikt nie szanował, boć zwyczajnie biesowa kuma10 — aleć11 tę ufność i wiarę duszną12 mieli, która już sama przez się niejedną chorość13 z członków spędziła. Chodzili też do niej, chodzili, z całej wsi się zwlekali do znachorki: ten z nogą, ten z ręką, on14 z bolącym krzyżem; inny do położnicy15 przyzywał, że i tego dnia bożego nie stało16, a nieraz i dwa koło północka spać legiwała17. Rosłać18 stąd chudoba19, czerwieńców20 w skarbonie przybywało, że i Rozalkę przyogarnąć mogła niby dworkę jaką, i sama za pierwszą gaździnę w siole21 uchodziła.
A dziś? — Ledwo raz lub dwa razy na tydzień zajrzy kto do obejścia starej Magdy i o poradę zapyta, a i to w ślepia niby świdry wkręca, i na podziękę lichego groszaka rzuci.