Wchodzę w obręb siatki; przemierzam jak lunatyk mały wirydarz199, zasypany w części odmiotami gruzu, i staję w samym sercu ruiny. Jest zachód i czerwony uśmiech słońca krwawi się na strzyży z wapna, tynku i cegieł. Ani śladu choćby jednej ściany, choćby ułamka muru, choćby wspomnienia zrębu. Wszystko na proch starte, na biały, sypki, chrzęszczący pod stopą miał... Co za pustka!...
Słyszę głos swój chrapliwy, zmieniony, obcy:
— Andrzeju! Andrzeju!
Z sąsiedniej willi wychyla się z okna nad granicznym parkanem głowa jakiejś kobiety.
— Kogo pan szuka?
— Czy pan Andrzej Wierusz wyjechał?
— Nie znam tego pana.
— Jak to? Sąsiad pani najbliższy, były właściciel tego domu.
I ruchem ręki wskazuję ruiny.
— Nazwisko mi zupełnie nie znane. Właścicielem był inżynier Rudzki, który zginął pogrzebany pod gruzami tej willi jeszcze przed 10 laty.