Ona tymczasem wyjęła z kredensu flaszkę i dwa kieliszki.
— Maresciallo rosso antico, autentyczne — zachęciła, napełniając mi po brzegi kubek czerwonym moszczem. — Nie bój się! Nie otruję cię.
Przypiliśmy do siebie. Wino było dobre, tęgie. Czułem, jak jego dobroczynna moc rozlewa mi się krzepiąco po żyłach. Trzymając w palcach trzon kieliszka, rozejrzałem się po raz pierwszy z uwagą po pokoju.
Wydał się skądś znajomy. Obicia koloru turmalinowego49, krzesła, fotele, stół sześcioboczny, oparty na sfinksach były mi znane... Nagle wyłoniła się szczególna orientacja: wszystkie te przedmioty, tylko w innym układzie i rozmieszczeniu, widziałem u Wierusza. Miało się wrażenie, że wnętrze to w sposób zagadkowy skupiło w obrębie swych czterech ścian rozproszone elementy mieszkania mego przyjaciela.
— Czy znasz Andrzeja Wierusza, Kamo? — zapytałem wprost.
— Nie — odpowiedziała, nie patrząc mi w oczy.
Byłem pewny, że kłamie. Ale dlaczego? Po co kryje się z tym przede mną?
— Czy wiesz, że dom ten należy do człowieka, który jest moim przyjacielem?
— Teraz mieszkam w nim ja i to niech ci wystarczy.
W głosie jej brzmiała nuta triumfu i dumy.