— Musisz mi pomagać, Jur — obiecałeś.

— Tak ci w tym do twarzy — odpowiedziałem, wodząc za nią zachwyconymi oczyma. — Wyglądasz na tle tego alchemicznego pieca jak nowożytna Canidia75.

— Nie traćmy czasu na porównania. Lepiej przeczytaj mi receptę na maść Baptysty Porty.

I wskazała mi grubą, w skórę marrochino76 oprawną księgę na stole.

— Co za biały kruk! — zauważyłem, biorąc dzieło z zainteresowaniem do ręki. — Obiecujący tytuł! Magiae naturalis libri XX77. Autor: Jan Baptysta Porta78. Znany, stary demonolog!

— Szukaj przepisu na maść czarownic!

Przeszedłem uważnie okiem parę kartek.

— Mam! Są dwa.

— Przeczytaj pierwszy!

— Weź: tłuszcz, tojad (aconitum), młode gałązki topoli, korzenie pokrzyku — mandragory, liście lulka czarnego i szaloną jagodę (solanum furiosum seu maniacum) — zmieszaj to wszystko razem z sadzami i zagotuj!