Pręga ropy zesunęła się przedramieniem ku dłoni.
— Teraz musisz podtrzymać rękę tam w górze.
— Nie boli? — zapytałem, ujmując ostrożnie w palce jej ramię w miejscu, gdzie jeszcze przed kilku minutami siniał napęczniały ropą wrzód.
— Ani trochę — odpowiedziała cudownie zapłoniona.
Tymczasem Wierusz odprowadzał chorą materię już ku palcom. Po kwadransie pękł naprężony naskórek wskazującego i średniego, wydzielając z wybroczynami odłamki szkła. Wierusz wymył rany sublimatem115 i wysmarowawszy dłoń chorej jakąś maścią, założył bandaż.
— Jak się pani czuje? — zapytał po ukończeniu operacji.
— Doskonale. Ani śladu bólu. Dziękuję panu, cudowny lekarzu!
I ze łzami w oczach uścisnęła mu dłoń.
— Niestety — westchnął, zakłopotany widocznie zachowaniem się starego Grodzieńskiego, który usiłował zmusić go do przyjęcia honorarium — wszystko to, na razie przynajmniej, jest prowizoryczne... Nie, dziękuję panu — stanowczo odmawiam — rzekł zabierając się do wyjścia. — Z zasady w ogóle nie zajmuję się leczeniem; zrobiłem tylko wyjątek dla narzeczonej przyjaciela.
— W takim razie doprawdy nie wiem, jak się mam panu odwdzięczyć — mówił zażenowany z kolei ojciec Halszki.