Na razie jednak musiałem czekać. Godzina była jeszcze wczesna i nie mogłem wbrew woli Wierusza niepokoić go przed czasem. Lecz dzień dłużył mi się okropnie. Po parogodzinnej przechadzce po wybrzeżu zjadłem obiad, wypaliłem całą stertę papierosów i nie mogąc doczekać się wieczora, poszedłem do teatru na przedstawienie popołudniowe. Grano jakąś głupią, jak zresztą przeważnie u nas, komedię pełną „aktualnych” aluzji politycznych. Publika, zachwycona tanim dowcipem i płytkim humorem ulubionego autora, wybuchała regularnie co parę minut szerokim, homeryckim śmiechem, który podobno jest zdrowy, bo pomaga przy trawieniu i utwierdza w zwierzęcym błogostanie. Ponieważ polityka i wszelka „aktualność” mierżą mnie kaducznie143 i odczuwam żywiołowy wstręt do wszystkiego, co „ich jest” i z nich się wywodzi, przeto opuściłem „świątynię sztuki” już w połowie aktu drugiego zły i diabelnie znudzony. Resztę czasu postanowiłem dobić w kawiarni „Nad Druczą”. Trafił się partner do szachów i wkrótce zagłębiliśmy się obaj po uszy w arkanach gry. Ani się nie spostrzegłem, jak minęło parę godzin i zbliżała się dziewiąta. Zakończywszy zwycięsko czwartą z rzędu partię, pożegnałem się i wyszedłem. W dziesięć minut potem byłem już u Wierusza.
Wiadomość o Jastroniu przyjął z zainteresowaniem.
— Przypuszczenie twoje — rzekł — ma dużo cech prawdopodobieństwa.
— Czy tylko możliwym jest, by letarg trwał tak długo?
— Dlaczego nie? Fakirzy Wschodu dają się zakopywać do ziemi na okres paru lat.
— Czy przypuszczasz, że Jastroń popadł w swój dziwny sen dobrowolnie, czy też bez jego wiedzy i woli uśpił go ktoś inny?
— Przypuszczam raczej, że owa szczególna śpiączka, w której trwa do chwili obecnej, napadła go nagle, znienacka.
— A zatem przyczyna tkwiłaby w nim samym, w jego ustroju psychofizycznym?
— Tak się domyślam.
— W każdym razie objaw niezwykły u człowieka tego typu.