— Dziękuję panu.
Gość wyciągnął doń rękę:
— Żegnaj mi!
Uścisnęli się w milczeniu. Po chwili znów pozostaliśmy samowtór147 z Andrzejem.
Przyjaciel mój zamyślony i smutny przemierzał pokój nerwowymi krokami; chmura bólu osiadła na jego zwykle pogodnym, olimpijskim czole.
Usiłowałem rzecz obrócić w żart.
— To jakiś wariat — ośmieliłem się na lekkomyślną uwagę.
Spojrzał na mnie poważnie, prawie surowo. Więc zmieszałem się i zamilkłem...
Zaklęcie Czterech
Zastaliśmy go w pozycji sprzed tygodnia; tylko policzki śpiącego zapadły się głębiej i ciało stało się podobniejsze do wyschłej drzazgi.